Kompanie Średzkie.

Skocz do ostatniego uzupełnienia

Wspomnienia
zamieszczone  w  „Kurierze Średzkim”
w roku 1935.

Walki I-szej kompanji średzkiej

 (zachowano oryginalna pisownię)

Wpis 1.

kr 1935 nr 17_067
„Kurier Średzki” Nr 17 Rok 1935.

(Kazimierz Prymas, st. szer. ze Środy. Relacje w posiadaniu Dr. Ł.  Rządkowskiego w Puszczykowie).

Zajęcie Biedruska.

W roku 1917 zostałem zwolniony z czynnej służby armji niemieckiej i pracowałem jako murarz w Niemczech. Dnia 30 grudnia 1918 wróciłam z mym bratem śp. Janem do Środy. W tym samym czasie wróciła I-sza kompanja średzka z wyprawy do Poznania, do której wstąpiliśmy z bratem jako ochotnicy dnia 1-go stycznia 1919 r. Wcielono nas do sekcji w której był sekcyjnym Stanisław Goliński III z Kijewa. Kompania była zakwaterowana w szkole katolickiej w Środzie, a pierwsze dwa dni czyściliśmy broń. Dnia 3-go stycznia 1919 wyru­szyliśmy pociągiem do Poznania, celem zdobycia Stacji Lotniczej Ławica, ale zanim przybyliśmy na miejsce, Ławica była już skapitulowała. W Pozna­niu zakwaterowano nas w obecnych koszarach 57 pułku piechoty, a dnia 4-go stycznia wyjechaliśmy na ciężarowych samochodach, celem zajęcia obozu ćwiczebnego Biedrusko.
Tu był ogromny nieporządek, sam widziałem kilka siodeł, z których rabusie zcięli skórę. Do­wódca kompanji, ppor. Alfred Milewski porozstawiał natychmiast posterunki, które położyły kres rabun­kom. Prócz tego urządzała kompanja w okolicz­nych wioskach codzień rewizję za bronią i skra­dzionym sprzętem wojennym.
Tymczasem dochodziły wieści o potyczkach powstańców z Niemcami, w których i my chcieliś­my brać czynny udział, a nie siedzieć w Biedrusku i urządzać rewizję. Kilku z naszych nie mogąc się doczekać odjazdu, opuścili Biedrusko, by się do­stać do innych formacyi powstańczych i pójść z nimi bić wroga.

Wyjazd pod Zbąszyń.

Ale i dla nas pozostałych nadszedł ten dzień oczekiwany, bo wyruszywszy dnia 18 stycznia 1919 z partją kont do Poznania, dowiedzieliśmy się tu, że wyruszamy na front zachodni. W tym dniu wręczył kompanji Adam Woźny ze Środy wspania­ły sztandar. Wieczorem tego samego dnia wyjechała I-sza kompanja średzka z dworca łazarskiego, pociągiem odchodzącym w stronę Zbąszynia i za­trzymała się na. stacji Chrośnica. Tu stąd wyruszy­liśmy pieszo do majętności ,Nowy Dwór, by zająć pozycje odległe około 4 kilometry od Zbąszynia i zakwaterowaliśmy się na noc w piwnicach pałacu.

Wczesnym rankiem następnego dnia porozsta­wiał dca kompancji ppor. Alfred Milewski placówki i porozsyłał patrole w okolicę. Niemcy trzymali Zbąszyń. Do potyczek jednak w pierwszych dniach pobytu naszego na froncie nie dochodziło, tylko ostrzeliwała nas stale artylerja niemiecka.

Pewnego wieczora, gdyśmy a bratem Janem znajdowali się na placówce, w rowie przez nas wykopanym, zaczęła artylerja niemiecka ostrzeli­wać nasze pozycje, tak że na Nowy Dwór padło około 50 pocisków armatnich. Myśmy się spodzie­wali, że Niemcy, po takiem przygotowaniu artyle­ryjskim nas zaatakują, tego jednak nie wykonali. Gdy nas obu po dwugodzinnem pobycie zluzowali inni koledzy, przedstawiły się nam dopiero skutki tej strzelaniny: powywracane drzewa, pozrywane dachy i ogromne dziury w murach, tak że z tru­dem dostaliśmy się do naszych kwater. Reszta nocy minęło jednak spokojnie.

W Nowym Dworze pozostawała 2-ga kompanja średzka aż do niedzieli dnia 2-go lutego 1919, w którym to dniu poszła jako rezerwa na odpoczynek do Chrośnicy. Tam przybył ze Zbąszynia, przebrany za kobietę pewien ksiądz — nazwiska nie pamiętam — [ks. Filipowicz, wikarjusz ze Zbąszynia (przyp. recenz.)], który odebrał od nas powstańców przysięgę na nasz sztandar. Był to dzień dla 1-ej kompanji średzkiej uroczysty i niezapomniany, bośmy po raz pierwszy ślubowali wierność na Orła Białego. W Chrośnicy pędzieliśmy wesoły żywot obozowy. Jedni, z naszych druhów wyjechali na urlopy do domów, inni znaleźli sobie miłe towa­rzystwo dziewcząt, a reszta zabawiała się grą w karty.


Wpis 2.

kr 1935 nr 48_192
„Kurier Średzki” Nr 48 Rok 1935

(Kazimierz Prymas ze Środy. Relacje w posiadaniu Dr. L. Rządkowskiego w Puszczykowie).

Wypad na Zbąszyń (5. II. 1919)

 Dnia 5 lutego 1919 wyruszył ppor. Klemczak z kompanją opalenicką na Zbąszyń, w której to wy­prawie brała p. I. udział również I-sza kompanja średzka. W Czoku, w oddaleniu około 7 kilometrów od Zbąszynia był postój. Tu zapytał się nas ppor. Alfred Milewski, któryby z nas zechciał pójść ocho­tniczo na patrol wywiadowczy. Zgłosiło się nas troje: Franciszek Foltynowicz, brat mój Jan i ja, Kazimierz Prymas. Rozkaz nasz brzmiał, aby się udać do Przyprostyni i stwierdzić, czy niema tam wroga. Do wioski tej dotarliśmy, nie zaatakowani przez Niemców, ale znaleźliśmy koło wiatraka w Przyprostyni rannego powstańca z kampanji Klemczaka, w cywilnem ubraniu. Tegośmy obandażowali i postarawszy się o furmankę, odesłaliśmy go na tyły. Widziałem go później w Buku, gdzie się wy­leczył z otrzymanych ran. Z Przyprostyni wysłałem z raportem do kampanji Foltynowlcza, aby doniósł dowódcy, że droga do Przyprostyni jest wolna. Sam zaś z bratem udaliśmy ślę dalej, do Zbąszynia. Le­dwie uszliśmy kilkaset kroków, gdy zauważyliśmy naprzeciwko nam podążający, silny patrol nieprzy­jacielski, liczący mniejwięcej 50 ludzi. Gdyśmy na niego oddali z ukrycia klika strzałów, zrobił on wielki popłoch. Kilku Niemców zostało rannych na miejscu, reszta się rozpierzchła. Rannych pozbierało później kilka osób cywilnych.
Pozycję tę trzymaliśmy około 2 godziny, aż do przybycia I-szej kompanji średzkiej. Zaraportowa- łem o sytuacji ppor. Alfredowi Milewskiemu i na rozkaz udaliśmy się dalej do Zbąszynia. Brat i ja postępowaliśmy jako pierwsi, reszta kompanji po­dążała za nami w odległości około 40 metrów.
Wtem zauważyliśmy w nieznacznej odległości przed nami 8 uzbrojonych Niemców, na których oddaliśmy po kilka strzałów i zaatakowaliśmy ich zaraz na broń białą. Brat mój mnie wyprzedził i został tu ciężko ranny. Jeden z Niemców zamierzył się, aby mu kolbą od karabinu głowę rozstrzaskać, ale on oddał w pozycji leżącej do wroga dwa strzały które go położyły trupem na miejscu. Pozostali od­dali do mnie z odległości 8 kroków 6 strzałów, które jednak na szczęście chybiły. Przypadkowo uderzył ostatni strzał mi o bagnet tak, te mi karabin wy­padł z rąk. Na ten widok Niemcy uciekli, a ja po­sunąłem się naprzód. Przy tej ucieczce zraniłem dwóch Niemców w chwili, gdy przeskakiwali przez płot, poczem się cofnąłem do brata. Ten mi powie­dział, że jest ranny i wstać nie może. Pierwszym na miejscu wypadku był porucznik Alfred Milewski, który z bronią w ręku przymusił jakiegoś cywila, zamieszkującego w tym samym budynku, przed któ­rym brat został ranny, aby się postarał o taczkę. W tymże czasie nadeszło jeszcze kilka powstańców, jednak żaden z nich nie miał odwagi, aby brata odwieźć, bo Niemcy się usadowili na dachu i stam­tąd ostrzeliwali nas oraz całą drogę z kulomiotu. Nie chcąc zostawić brata w ręku wrogów, wziąłem go na taczkę i wywiozłem go w największym gra­dzie kul nieprzyjacielskich z placu boju.
Na zakręcie ulicy, już w Przyprostyni obanda­żowałem brata, przyczem okazało się, że rana jego była bardzo niebezpieczna, bo miała w wylocie około 8 cm średnicy. Następnie odwieziono rannego brata do stacji kolejowej Chrośnica, gdzie pierwszy opatrunek założył mu Dr. Woźny. Potem odwiezio­no go do szpitala w Buku, gdzie pomimo starannej opieki zmarł po 17 dniach cierpień i został pocho­wany w Środzie.


Wpis 3.

Kurier Średzki Nr 149 z 1935 r.

„(Kazimierz Prymas, st. szer. ze Środy. Relacja w posiadaniu Dr. L. Rządkowskiego w Puszczykowie).

kr nr 149 z 1935 0197-1-vert
Źródło: Kurier Średzki Nr 149 z 1935 r.

Porucznik Alfred Milewski widząc, że Zbąszynia Niemcom nie odbierzemy, rozkazał się wycofać z zajmowanych pozycyj, co uskuteczniliśmy tegoż sa­mego dnia wieczorem, wracając do Chrośnicy.
Dnia 12 lutego 1919 walczyła l-sza kompanja średzka wspólnie z kompanją opalenicką pod do­wództwem por. Klemczaka w Nowej Wsi pod Zbą­szyniem. Niemcy zaczęli ostrzeliwać Nową Wieś szrapnelami i granatami, które wznieciły pożary. Tymczasem nadeszła wieść, że Niemcy zaatakowali również od strony Grójca i Babimostu. Na rozkaz obu dowódców wyruszyliśmy Niemcom na przeciw i odparliśmy ich z poważnemi dla nich stratami.
Tu, w bitwie tej stanąłem na skraju lasu pod drzewem, w które uderzył granat, przyczem zo­stało 9 kolegów rannych, a mnie pękł bębenek w prawem uchu, na które do dziś dnia jeszcze nie słyszę. Po walce wróciła kompanja średzka do swych kwater w Chrośnicy.
Dnia 16 lutego 1919 została kompanja średzka zarezerwowana na pomoc do Łomnicy, skąd ró­wnież, wyparliśmy Niemców bez strat dla nas. Nie­mcy zaś mieli kilkunastu rannych i zabitych, a dnia 21 lutego zajęliśmy bez walki wioskę Pierzyny.
W międzyczasie zostało zawarte zawieszenie broni. Na początku marca udałem się do Zbąszy­nia, aby kupić sobie papierosów. Tu spotkał mnie dowódca oddziałów niemieckich, leutnant Bierbaum, który dał mi zlecenie do naszego dowódcy, że się chce z nim spotkać i ustalić linję demarkacyjną. Na drugi dzień udaliśmy się w czwórkę i to Jan Milewski, Ignacy Grabski, Władysław Fiedler i ja, Kazimierz Prymas na oznaczone miejsce, na które zjawił się również po krótkim czasie dowódca nie­miecki, również w asyście kilku żołnierzy niemie­ckich. Gdy leutnant Bierbaum zeskoczył z konia i nikt z jego towarzyszy mu konia nie podtrzymał, doskoczył powstaniec Grabski, aby to uczynić. Do­wódca niemiecki się ze wstydu aż zarumienił, i do­piero później odebrał jeden z żołnierzy niemieckich konia od Grabskiego. Dowódca niemiecki i por. Jan Milewski weszli do gospody i tam ustalili linję demarkacyjną.

Dnia 13 marca 1919 wyruszyła kompanja średzka do Wolsztyna gdzie została wcielona do 2 pułku Strzelców Wielkopolskich jako kompanja 9-ta.


Wpis 4.

Walki II-giej kompanji średzkiej

Przyczynek do bitwy pod Szubinem

z dnia 12. 1. 1919

Kurier Średzki Nr 9 z 1935 r.

(Stefan Bylebył z Sulęcinka, plutonowy zawodowy v 17 P. A. P ur. d. 22. VIII. 1899. — Podług relacji złożonej w referacie Historycznym przy D. O. K. VII. Nr. 2076).

Dnia 28 grudnia 1918 wstąpiłem jako ochotnik do 2-giej kompanji średzkiej, którą organizował Edmund Bembnista ze Środy. Na dowódcę został wyznaczony Antoni Pospieszalski ze Środy. Tu pozostawaliśmy do dnia 8 stycznia 1919 pełniąc w Środzie służbę wartowniczą. Lecz nie cała kompanja była uzbrojona w karabiny. Dnia 9 stycznia wyjechaliśmy w liczbie około 120 ludzi do Poznania, gdzie reszta kolegów dostała karabiny i każdy z nas po 200 naboi. Wieczorem, dnia 9 stycznia 1919 wyjechaliśmy do Gniezna, gdzie nas zakwaterowano aż do następnego dnia w koszarach piechoty. Dnia następnego zostaliśmy wyekwipowani w rynsztunek bojowy i wyjechaliśmy po południu do Kcyni, gdzie pozostaliśmy przez noc.

0035-1-vert
Źródło: Kurier Średzki Nr 9 z 1935 r.

Dnia 11 stycznia, w godzinach porannych wyruszyliśmy pieszo pod Szubin, wspólnie z oddziałami poznańskiemi i gnieźnieńskiemi. W Kcyni dodano do naszej kompanji dwie armaty polowe, a tarcze miały jednak bardzo mało amunicji.
Kompanja nasza składała się po części z byłych żołnierzy niemieckich, ale było też dużo ochotników, którzy w wojsku nigdy jeszcze nie służyli. Umundurowanie mieliśmy bardzo mocne, każdy miał tylko to, co przywiózł z sobą z armji zaborczej — znajdowali się pomiędzy nami jednak i ochotnicy w ubraniach cywilnych.
Dowódcą całej wyprawy pod Szubin był por. Śliwiński z Poznania. Zygmund Kitel z Gniezna prowadził oddziały gnieźnieńskie jako rezerwę. Z nami poszedł pod Szubin również ks. Zabłocki z Gniezna, który dodawał nam otuchy do walki i postępował w pierwszej linji. Dowódcą kompanji naszej był Antoni Pospieszalski z Środy (obecnie w Kopaszycach). W walce nie brał on jednak żadnego udziału i wycofał się już przed Szubi­nem. Miejsce jego zajął Leon Kasprowiak z Pięczkowa, bardzo odważny żołnierz, który też nas pro­wadził do zwycięstwa.
0koło godziny 5-tej po południu dochodziliśmy pod Szubin. Powietrze było tego dnia bardzo mgliste, że na odległość 100 metrów nie można było nic rozróżnić, co było bardzo korzystne dla nas, bo Niemcy spostrzegli nas dopiero wtenczas, gdyśmy doszli zupełnie pod miasto, na odległość 300 do 400 metrów.
Kompanja nasza zaatakowała Niemców wspólnie z kompanją poznańską Karlewicza od północy od strony Szubskiej wsi. Skoro Niemcy nas spostrzegli, zaczęli nas obsypywać silnym ogniem armatnim, z kulomiotów i karabinów maszynowych. Pomimo silnego ognia zdobyliśmy Szubską Wieś i cmentarz. Najtrudniejszem było zdobycie dworca kolejowego na drugim brzegu Gąsawki, ponieważ cała siła nieprzyjacielska wycofała się z miasta na dworzec. Oprócz żołnierzy z „Haimatschutzu“ walczyli przeciwko nam również uzbrojeni koloniści i inne osoby cywilne z Szubina.
Jedna część kompanji otrzymała rozkaz oczyszczenia miasta. Musieliśmy więc kontrolować kamienicę za kamienicą, aby nie dostać ognia z tyłów. Drzwi domów były przeważnie zatarasowane że trzeba je było gwałtem rozbijać. Podczas dobijania się do jednej z kamienic rzucano na nas z okna ręczny granat, który eksplodując zranił mnie w lewą rękę i nogę. Niezdolnego do walki odniesiono mnie do stacji zbornej, gdzie mnie zabandażowano, aby mnie na drugi dzień odtransportować do szpitala w Szubinie. Stąd przewieziono mnie do szpitala 17-go w Poznaniu, gdzie przeleżałem do kwietnia 1919 r. Potem wstąpiłem do 17 P. A. P. z którym wyjechałem w styczniu 1920 r. na front bolszewicki. Po wojnie pozostałem nadal w służbie czynnej.

(Opracował Dr. L. Rządkowski)


Wpis 5.

Kurier Średzki Nr 64 i 65 z 1935 r.

Powstanie Wielkopolskie w Środzie

(Relacja Władysława Fiedlera ze Środy, uczestnika Powstania Wielkopolskiego w kompanji średzkiej Milewskiego).

0257
Źródło: Kurier Średzki Nr 64 z 1935 r.

Wieczór 27 grudnia. Grono znajomych w domu prywatnym. Gramy w duecie menuet Paderewskiego, który przybył właśnie do Poznania. Nastrojony muzyką, myślę sobie, że kochany chłop tego menueta skomponował i wartoby go ujrzeć z bliska… Roz­chodzimy się… Wstępuje do restauracji „Klemensa”. Gawędę przerywa nam jakiś alarm z ulicy. —Wy­biegamy z „knajpy” i widzimy samochód ciężaro­wy na rynku, którym przyjechali posłańcy z Po­znania z wieścią, że u nich wybuchło powstanie… Paderewski wzywa pomocy…
Zupełną niespodzianką to dla mnie nie było, wiedziałem bowiem, że coś się „kluje”, jeżdżąc jako emisariusz od naszego „Soldatenratu” do domu „Vesty” w Poznaniu. W grodzie Przemysława szep­tali sobie ludziska o ćwiczeniach za miastem grup wojsk polskich i czekali tylko na odpowiednią chwilę,.. Adwent Wolności !.
Ale tak nagle?
Pamiętam, jak w roku 1916 na froncie francu­skim pytał mnie jakiś towarzysz broni, chłop polski: .Powiedz mi Władek, kiedy będziemy mieli tę praw­dziwą Polskę ?
Na to ja mu odrzekłem: „Dopiero wtedy, kie­dy wszystkich polskich drani djabli wezmą…” To znaczy, że jeszcze nie wszyscy Polacy są dojrzali…
0261Ale to szybko się stało…
Więc do roboty! Wpierw trzeba było pójść na pocztę stwierdzić, czy wyznaczony przez „A. IS. Rat „Komisarz” czuwa. Naturalnie nie ma go. Ponieważ mieszkał w pobliżu, biegnę, aby go zbu­dzić i przykazuję, aby poszedł na posterunek, na którym musi mieć teraz uszy otwarte, bo idzie o naszą sprawę… Wracając na rynek, dowiaduję się, że u ks. prob. Meissnera zebrało się grono aktyw­nych patrjotów. Wciskam się na probostwo i przy­słuchuje się naradzie. Padają mocne słowa — Je­dni radzą tak, inni inaczej… Ktoś woła z patosem : „Panowie! jeszcze nie wybiła godzina dwunasta !” W rezultacie organizuje się oddział ochotniczy, którego dowódcą zostaje Alfred Milewski, przywo­łany z Kijewa. Jak się stało, tak wśród nocy ? Kto tego dokonał? Ci z Sokola, gotowość niezorganizowanych jednostek, żołnierze w pruskich mun­durach z roku 1914, ofiarność Polek, dzwon z ko­ścioła — zew i czujność !
O 6-tej rano przysięga w świątyni i jazda do Poznania. Jesteśmy na miejscu — Jechaliśmy oczy­wiście ostrożnie. Miasto podniecone… Oczy prze­chodniów szerzej niż zwykle rozwarte.. Dochodzi­my do „Bazaru”. Ktoś nas wita — z podwórza „Bazaru” udajemy się uliczką na ulice Szkolną… Karabiny się denerwują… Nie znamy sytuacji, więc wytężamy się w oczekiwaniu rozgrywki — suniemy dalej na ulicę Półwiejską. Coraz silniejsza strze­lanina i coraz więcej sprzecznych wniosków, „Strach ma wielkie oczy”. Na Wildzie siedzi wróg…!
Wicek Jankiewicz idzie badać położenie. Wre­szcie się ucisza… Do walki nie dochodzi…
Pod wieczór posyłają nas na główną pocztę. Ponieważ służyłem w łączności, dostał mi się dy­żur w sali telefonów. Prócz mnie pełnili na sali służbę, starając się utrzymać łączność pomiędzy komendą w Bazarze a miastami na północy Księ­stwa Stefan Palczewski, Witold Milewski i trzy urzędniczki Polki, których nazwisk nie pamiętam za wyjątkiem panny May. Z drugiej strony buja­my Berlin i Frankfurt, uspokajając tamtejsze wła­dze. Całą noc dziewczynki czuwają i pracują, a w chwilach spokojnych śpiewają „szlagiery”. Po­waga chwili, przeplatana wesołością.
Mówią, że w „Bazarze” urzęduje kilku komen­dantów — jakżeżby mogło być inaczej…!
Po dwóch dniach wyruszamy znów na miasto. Niema się z kim bić, bo Niemcy się dobrowolnie wycofują. Na Sylwestra wróciliśmy w tryumfie do Środy…
Następuje reorganizacja kompanji, znów do Poznania a potem do Biedruska, żeby tam zapobiec skradzeniu reszty, któraby się wykraść dała. Gospodarował tam poprzednio jakiś oddział z Po­znania.
Komendantem placu zostaje nasz dowódca Alfred Milewski. Robi się porządek, strzela się do koniokradów, obmyśla się plan obrony przed ewentualnem napadem „Grenzschutzu”, uzupełnia się ekwipunek, nową przysięga i po kilkunastu dniach na front, pod Zbąszyń.
Luzujemy kompanję opalenicką w Nowym Dworze. Przez kilka dni panuje tu spokój. Roz­leniwiam się… Józef Milewski bierze mnie z sobą na kontrolę posterunków w nocy… Też wojna…! Lepiej nie wstawać z legowiska — ale iść trzeba… Pozatem obijam się we dworze. Nasza „wiaruchna” urządza sobie tańcówkę z dziewczynami we wsi. Pewnego dnia przysłali nam Niemcy „drogą powietrzną” paczki granatów, które rozwaliły cha­łupy — zatem zdecydował ktoś (zdaje się, że do­wódca odcinka), by od nas wyszły patrole nocą do Zbąszynia. Idziemy: Józef Milewski, Woszak, Karłowski Tadeusz i ja aż do mostu. Inni szli w kierunku dworca.


 Wpis 6 – c d .

Kurier Średzki Nr 66 z 1935 r.

(Relacja Władysława Fiedlera ze Środy, uczestnika Powstania
Wielkopolskiego w kompanji średzkiej Milewskiego).

Na przedmieściu pogasiliśmy wszystkie lampy gazowe na ulicy. („Sicher jst sicher” — a dobrze wyszliśmy na tej przezorności…!) Doszliśmy bez wypadku aż do skrzyżowania ulic przy moście. Ra­dzę Kozłowskiemu zostać u wylotu jednej ulicy, sam zostaję na narożniku drugiej, a Milewski z Woszakiem suną przez most. Wtem wybiega z pewnego domu za mostem jakiś żołnierz niemiecki i woła : „Halt, wer da ?“ Nie czekając odpowiedzi, dopada do karabinu maszynowego i w tym mo­mencie zaczynają grzechotać z różnych stron ma­szynki, nawet z okien tego domu, pod którym sta­łem. Walą bestje w ulicę, którą nam wypada wra­cać. Oczywiście podnosimy pięty wysoko, retyrujemy, jak spłukani. Któryś z naszych zbił kolano — pozatem wróciliśmy cało, bo w ciemności nie mogli Niemcy w nas celować.

0265
Źródło: Kurier Średzki Nr 66 z 1935 r.

Po kilku dniach zluzowała nas kompanja bu­kowska i udaliśmy się do kwater w Chrośnicy. Jeszcze jedną przysięgę odebrał od nas przybyły w przebraniu kobiecem ksiądz z Zbąszynia. Po co te przysięgi — myślałem sobie — wołali, to szliśmy bez przysięgi…
Nasza dyscyplina imponowała Niemcom cywi­lom. Pewna Niemeczka, przysłuchując się komen­dzie por. Milewskiego powiedziała: „Oberleutnaut ist er, aber kommandieren tut er, wie ein General”.
Po kilku dniach odbyła się wyprawa na Zbą­szyń; Tak sobie przed południem. Od Przyprostyni do miasta, przy skręcie w lewo bije się nam w oczy reklama wytwórni trumien. Porucznik mówi: „Głupi prognostyk”. Po chwili raportują o 2 ran­nych, czy też zabitych…
Przez most nie było się można dostać, więc kompanja się wycofała. W następną niedzielę wa­limy z pomocą załodze w Łomnicy, gdzie się Niem­com oberwało i wycofali się z stratą z terenu. Po­dobał mi się spryt naszej artylerji, która coś z dwoma armatkami udawała cały pułk, zmieniając w szybkiem tempie pozycje na całym odcinku.
Z Łomnicy przyniesiono nas do Nowej Wsi, o którą walczyła kompanja opalenicka. Tam znów mieli nasi straty w ludziach. Utrzymanie tej nie­bezpiecznej pozycji było ofiarną brawurą. Niemcy widocznie się nie orjentowali o naszych siłach i wycofali się wkrótce z pola walki, również z stratami.
Po nowych, gorących bojach zawróciliśmy do wsi Pierzyny. To było jakoś spokojnie, tylko od czasu do czasu drażnił nas przeciwnik pociskami naobieg. W końcu zaczęto coś przebąkiwać o ma­jącym nastąpić rozejmie, który się stał rzeczywi­stością dnia 1 marca 1919.
W pierwszych dniach tego miesiąca poprosił dowódca oddziałów niemieckich, naszego komen­danta, Jana Milewskiego o spotkanie. Stanęliśmy na linji demarkacyjnej i to Jan Milewski, Ignacy Grabski, ktoś jeszcze z naszych i ja. Wkrótce zja­wił się konno jakiś porucznik niemiecki, również w towarzystwie kilku swoich żołnierzy. Przy zsia­daniu z konia doskoczył jako pierwszy Grabski (będąc zawsze usłużnym i grzecznym) i odebrał konia od Oberleutnanta niemieckiego — ponieważ żołnierze niemieccy nie bardzo się kwapili do speł­nienia tego obowiązku.
Podczas zawieszenia broni Niemcy pewnego dnia jednak zapukali kilka razy armatą — co stało się okazją, aby pójść na przeciwną stronę w charakte­rze parlamentarjuszy. Zabrałem z sobą Ignacego Grabskiego, wziąłem pismo do dowództwa niemiec­kiej komendy od naszego dowódcy i pomaszero­waliśmy do Zbąszynia. Po drodze przymocowaliśmy białą chusteczkę do kija. Przy strzelnicy w Zbą­szyniu obstąpili nas Grenzschutzowcy i po wysłu­chaniu nas o celu naszej eskapady, zaprowadzili nas do jakiejś komendy. Tam nam zawiązali oczy i bardzo troskliwie wsadzili na wóz, którym nas odwieźli. O ile się mogłem orjentować słuchem wyładowali nas na dworcu. Ich dowódca przyjął nas tam bardzo uprzejmie, nawet trochę z humo­rem, odebrał list, dał odpowiedź i znów z tą samą troskliwością, co mnie już irytowało, odstawili nas do linji demarkacyjnej.
– Psia krew! Mogli mnie czemś obrazić!
Co to za nieprzyjaciel? Jak to takiego nienawidzieć i jak mieć ochotę do ewentualnej bitki?
Następnego dnia zabrał mnie ze sobą por. Milewski do organizującej się w Poznaniu altylerji konnej.
Obyło się bez bohaterstwa …


Wpis 7.

Kurier Średzki Nr 68 z 1935 r.

Wspomnienia z działań bojowych II-giej kompanji średzkiej

(Relacja Walentego Grzelaszyka z Pięczkowa, b. sierżanta sztabowego II-giej kompanji średzkiej).

Wkońcu listopada 1918 roku wróciłem z Jano­wa Lubelskiego, gdzie należałem do II-giej bryga­dy Legjonów Piłsudskiego, do mych stron rodzinnych, do Pięczkowa. Po kilku dniach odpoczynku pojechałem do Poznania, do Wydziału Wojskowego Naczelnej Rady Ludowej, gdzie przedstawiłem się adwokatowi Mociaszkowi, stawiając mu się do dy­spozycji jako były legionista w charakterze ewen­tualnego łącznika z Warszawa. Wyobrażałem so­bie bowiem, że będę mógł oddać Naczelnej Radzie Ludowej w tym kierunku usługi. Maciaszek przy­jął mnie jednak bardzo chłodno i oświadczył, że Naczelna Rada Ludowa nie szuka żadnej łączności z Warszawą.

1_0273
Źródło: Kurier Średzki Nr 68 z 1935 r.

W Poznaniu pobyłem kilka dni, poczem po­wróciłem do Pięczkowa. Tu zwołałem wspólnie z Leonem Kasprowiakiem i mistrzem piekarskim Ka­czorem publiczne zebranie, które się odbyło, o ile mnie pamięć nie myli, pomiędzy 10-tym a 12 tym grudnia 1918 roku. Na zebraniu tem przemawiali Kaczor, Kasprowicz i ja, wzywając byłych wojsko­wych do zbrojnego zorganizowania się. Przekony­wałem obecnych, że musimy podjąć walkę zbrojną z Niemcami, bo nie możemy liczyć na to, aby koalicja lub ktokolwiek inny podarowali nam Polskę bez naszego własnego wysiłku, niby ładnie zasznu­rowaną paczkę. Na skutek tej naszej inicjatywy zapisało się do tworzyć się mającego oddziału około 30-tu ochotników z których przypominam sobie następujących z Pięczkowa: st. szereg. Leon Kasprowiak, kapral Walenty Grzelaszyk, szereg. Franciszek Dembiński, szereg. Jan Janicki, szereg. Józef Janicki, szereg. Antoni Ławniczak, szereg. Jan Ławniczak, sierżant Stanisław Kaczor, mary­narz Czesław Wiechciński, szereg. Franciszek Ma­tuszewski, szereg. Franciszek Makowski, szereg. Cichoń, szereg. Stanisław Begler, szereg. Edward Szcześniak, szereg. Ignacy Adrjan, szereg. Józef Lisiak, szereg. Edmund Wiechciński, szereg. Antoni Nowaczyk, szer. Stępniak i szer. Piotr Gola z Witowa.
Jeden z towarzyszy naszych pochodził z Nowe­go Miasta nad Wartą, nazwisko jego nie pamiętam. Reszta byli to ludzie młodzi, którzy nie byli żoł­nierzami, bliżej mi nie znani, tak że nazwisk ich sobie dziś już nie przypominam.
Jako były legjonista znałem jako jedyny z moich towarzyszy, polską komendę wojskową i od­bywałem z nimi ćwiczenia, naturalnie bez broni, bo tej nie było. Ćwiczenia to (zwroty i formowa­nie oddziału) odbywały się codziennie wieczorem na polu koło piekarni Kaczora, a ochotnicy chętnie przybywali na te ćwiczenia i oddawali się im z zapałem. Pozatem odbywały się pogadanki narodowo-uświadamiające w różnych domach obywateli pięczkowskich.
Pewnego dnia, wkrótce po wybuchu rewolucji niemieckiej rozbroił Leon Kasprowiak niemieckiego żandarma z Witowa, zastępując mu bez wszelkich ceregieli drogę i zabierając mu szablą i rewolwer służbowy, które sobie sam przypasał, kreując się temsamem na dowódcę naszego oddziału. Karabin i dubeltówkę odebrano żandarmowi później, pod­czas jazdy do Środy, dnia 29 grudnia 1918 r.


Wpis 8.

Kurier Średzki Nr 69 z 1935 r.

(Relacja Walentego Grzelaszyka z Pięczkowa, b. sierżanta sztabowego II-giej kompanji średzkiej).

II

Poprzedniego dnia — 28. 12. 1918 — zawiado­miła była komenda średzka pięczkowską Radę Gminną, abyśmy się stawili z naszą drużyną w Środzie. Kasprowiak i ja zajęliśmy się zawiado­mieniem naszych powstańców, że mają się przygo­tować na wyjazd do Środy w godzinach popołud­niowych następnego dnia, postarawszy się uprzed­nio o podwody dla odwiezienia naszej drużyny. Pięczkowo bowiem jest od Środy odległe 20 kilometrów z okładem. Wyjechaliśmy do Środy około godziny 3-cej po południu na wozach, które do­starczyli gospodarze Józef Dopierała, Ławniczak, Józef Dembiński i sołtys Juszczyński. Wieczorem tegoż dnia, tj. w niedzielę 29 grudnia 1918 r. stanęliśmy na miejscu. Zakwaterowano nas w szkole powszechnej przy ulicy Lipowej, gdzie nie było jednak żadnych łóżek, ale jedynie rozesłano na podłodze słomę. Tam znajdowali się również już powstańcy z innych stron powiatu. Początkowo istniał zamiar przydzielenia nas do kompanji średzkiej Milewskiego, która wróciła w Sylwestra 1918 r. z Poznania, celem jej skompletowania, ale na nasze miejsce przydzielono do niej inną drużynę.

2_0277
Źródło: Kurier Średzki Nr 69 z 1935 r.

Po wyruszeniu kompanji Alfreda Milewskiego do Biedruska w dniu 8-go stycznia 1919 roku, peł­niliśmy w Środzie służbę ratowniczą. Do formującej się II-giej kompanji średzkiej przydzielono w trakcie jej organizowania powstańców ze Środy oraz z dalszych okolic powiatu. Dowódcą tej kom­panji został naznaczony dnia 3-go stycznia 1919 r. Antoni Pospieszalski, rolnik ze Środy, zaś obo­wiązki sierżanta sztabowego pełnił w niej Wincenty Jankiewicz, mistrz stolarski, również ze Środy. Jankiewicz brał z kompanją średzką Milewskiego udział w jej akcji w Poznaniu, nie udał się jedna­kowoż z nią do Biedruska, ale pozostał w Środzie jako sierżant szef II-giej kompanji średzkiej, które pełnił aż do przejęcia ich przezemnie, tj. do 15 stycznia 1919 r. Należy bowiem zaznaczyć, że Il-ga kompanja średzka, wyjeżdżając dnia 9-go stycznia 1919 r. pod dowódstwem Antoniego Po­spieszalskiego na front pod Szubin pozostawiła w Środzie drużynę zapasową, wzgl. kadrową, składa­jącą się z innej więcej 4 do 5 sekcyj, uzupełniających się w miarę przypływu nowych ochotników. Był to zaczątek późniejszej 3-ciej kompanji średz­kiej. Ja z kompanją II-gą na front się nie udałem, ponieważ musiałem pojechać do Pięczkowa uzy­skawszy z komendy średzkiej urlop, na pogrzeb mojej śp. matki.
Po pogrzebie, dnia 12-go stycznia 1919 wróci­łem do Środy, zostałem w dniu następnym zamia­nowany plutonowym. Dnia 14-go stycznia wyje­chałem wspólnie z ówczesnym komendantem po­wiatu średzkiego Januszem Milewskim i Feliksem Małeckim na pozycje II-giej kompanji średzkiej do Kołaczkowa pod Szubin, którzy zawozili kompanji żołd i wiadomości od rodzin. Jechaliśmy przez Poznań, Gniezno, Żnin i Szubin. Dzień ten był bardzo mroźny i chociaż siedziałem w środku po­między wymienionymi, zmarzłem porządnie, ponie­waż jechaliśmy w otwartym samochodzie. W Ko­łaczkowie stanęliśmy około godziny 3-ciej po po­łudniu. W tym czasie zestrzelano tamże niemiecki samolot. W Szubinie spotkałem się z Kasprowiakiem, który opowiadał mi szczegóły o boju pod Szubinem z dnia 11 stycznia 1919 r. Dowiedziałam się tam, jakoby najbardziej zacięta walka wrzała koło poczty, kościoła i na dworcu. Poczta była zabarykadowana od ulicy a z okien na piętrze były wy­stawione kulomioty. Kasprowiak nie mogąc zająć poczty od strony ulicy zaszedł z kilkoma powstań­cami na podwórze pocztowe, wyważył drzwi i za­atakował Niemców przy pomocy ręcznych grana­tów. Pod Szubinem zostało z Pięczkowa lekko ran­ni Franciszek Dębiński i Antoni Ławniczak, ciężko ranny w nogę został Ignacy Adrjan z Pięczkowa, którego odesłano do szpitala, taksamo jak Bylebyła z Sulęcinka. Adrjan jest dziś inwalidą i nie wiem, czy ma jakie zaopatrzenie, któreby mu się bardzo przydało, bo pochodzi z biednej rodziny. Kampanja II-ga zdobyła w Szubinie 1 ciężki i 3 lekkie kulo­mioty — z Poznania zaś odebrała, udając się pod Szubin, jeden ciężki kulomiot.


Wpis 9.

Kurier Średzki Nr 70 z 1935 r.

(Relacja Walentego Grzelaszyka z Pięczkowa, b. sierżanta sztabowego II-giej kompanji średzkiej).

III

Wieczorem tegoż samego dnia, tj. 14 stycznia 1919 r. wyjechałem z Januszem Milewskim i Fe­liksem Małeckim z powrotem do Środy, gdzie sta­nęliśmy późno w nocy. Następnego dnia objąłem stanowisko sierżanta szefa w drużynie garnizono­wej II. kompanji średzkiej, ponieważ Wincenty Jankiewicz się w tym czasie zwolnił i przygoto­wywałem ją do służby frontowej. Tymczasem wróciła II-ga kompanja średzka daia 25 stycznia 1919 r. z frontu do Środy. Dowódstwo nad nią objął Leon Kasprowiak, przyczem została drużyna garnizonowa przydzielona częściowo do kompanji II-giej, częściowo do komp. III-ciej.

3_0281
Źródło: Kurier Średzki Nr 70 z 1935 r.

Ja objąłem w tej nowo zorganizowanej II-giej kompanji średzkiej stanowisko sierżanta szefa. Lu­dzi chorych i niezdatnych do służby frontowej zwolniono w dniu 27 stycznia 1919 roku. W tym to dniu ogłosił komendant P. K. U. i równocześnie komendant powiatu średzkiego oraz Dowódca Ba­onu Średzkiego ppor. Ludwik Rządkowski pobór 6 ciu roczników.

Dnia 28 stycznia rozpoczęli Niemcy koncen­tryczny atak na wszystkich północno zachodnich odcinkach naszego frontu. Stąd wyszedł od Do­wódcy Baonu rozkaz, ażeby się przygotować do wyjazdu na zagrożony odcinek. Przygotowania te postępowały w szybkim tempie. Cały dzień 29 stycznia 1919 upłynął na nich, a w dniu następ­nym został przydzielony do II-giej kompanji średzkiej również pluton zaniemyski pod dowódstwem Władysława Strobla. W tymże dniu, tzn. 30 sty­cznia 1919 nastąpiło uroczysto zaprzysiężenie całe­go Baonu Średzkiego w kolegiacie średzkiej w obecności dowódcy Baonu oraz przedstawicieli władz i społeczeństwa. Przysięgę odbierał Kapelan Baonu, ks. prepozyt Mieczysław Meissner.

W piątek, dnia 31 stycznia wyruszyła kompanja, żegnana owacyjnie przez obywatelstwo, wraz z dowódcą Baonu z Poznania, gdzie zostało dnia następnego dokompletowane umundurowanie. Te­goż samego dnia przyłączył się do kompanii plu­ton kostrzyński pod dowództwem Józefa Wadyńskiego. Pod wieczór dnia 1-go lutego 1919 r. wy­ruszyliśmy wspólnie do Gniezna, gdzie dokompletowano nam broń i amunicję. Na noc zostaliśmy w Gnieźnie i wyruszyliśmy rano w niedzielę dnia 1 go lutego 1919 r. do Kcyni. Tu został pluton kostrzyński rozkazem dowódcy odcinku IV por. Golniewicza złączony z dotychczasową II-gą kompanją średzką, co odbyło się na Rynku w Kcyni. Oddział kostrzyński dowiedziawszy się o tem, że ma zostać wcielony do II giej kompanji średzkiej i podlegać dowódstwu Kasprowiaka, nie chciał się początkowo na to zgodzić, ponieważ uważał za swego dowódcę Wadyńskiego. Ten ostatni jednak nie chciał o tem słyszeć, ale podporządkował się bezwględnie rozkazam dowódstwo odcinka, stawia­jąc się pod rozkazy Kasprowiaka, bez względu na to, że przewyższał go pod względem pozycji towarzyskiej jako właściciel majętności Andrzejewo i absolwent uniwersytetu wrocławskiego jako i stopnia wojskowego z armji pruskiej, co dowodzi o jego wysokiem poczuciu subordynacji.

Po podziało kompanji na sekcje i odśpiewaniu kilku pieśni żołnierskich udała się kompanja do kwater w seminarjum nauczycielskiem, skąd więk­sza część powstańców poszła do kościoła na mszę św. Podczas nabożeństwa nadleciało z północnego zachodu kilka lotników niemieckich, którzy krążyli nad miastem nie atakując go jednak ani bombami, ani kulomiotami, Powstańcy nasi oraz inni stacjonowani w Kcyni, wybiegli samorzutnie z kościoła oraz z kwater i rozpoczęli, ukryci w bramach do­mów, ostrzeliwać lotników, ponieważ ogień nasz lotnikom żadnej krzywdy wyrządzić nie mógł, bo znajdowali się oni w bardzo poważnej wysokości, wyszedł rozkaz, ażeby zaprzestać niepotrzebnej strzelaniny. Samoloty niebawem się oddaliły.


Wpis 10.

Kurier Średzki Nr 72 z 1935 r.

(Relacja Walentego Grzelaszyka z Pięczkowa, b. sierżanta sztabowego II-giej kompanji średzkiej).

IV

Po spożyciu obiadu z kuchni polowej, ustawio­nej na dziedzińcu seminarjum nauczycielskiego, nastąpiła zbiórka i po otrzymaniu rozkazów, wy­ruszyła II-ga kompanja średzka w kolumnie marszowej do Zalesia, skąd miała się udać w dniu następnym jako pomoc pod Szubin. O ile się nie mylę, mieliśmy na drugi dzień rano wyruszyć w kierunku folwarku i stanąć do dyspozycji dowódstwa odcinku III-go.
W Zalesiu stanęło 112 ludzi, 2 lekkie kulomio­ty, 1 wóz bagażowy i 1 kuchnia połowa. Jeden lekki kulomiot był przy plutonie kostrzyńskim, a obsługiwali go Ludwik Sieiński, Czesław Wiśniew­ski, Jan Lesiewicz i Zielichowsi, drugi, przy plu­tonie średzkim, obsługiwali, Feliks Grzegorczyk, Jan Janicki i dwóch jeszcze innych powstańców, któ­rych nazwisk nie pamiętam. Dowódca kompanji Leon Kasprowiak był bez konia, ale zarekwirował go sobie w Zalesiu. Była to ładna kasztanka.

4_0289
Źródło: Kurier Średzki Nr 72 z 1935 r.

Duch w kompanii był bardzo dobry. Żołnierze byli pełni otuchy, dowcipkowali, odgrażali się Niem­com, co w wielkiej mierze zależało od tego, że dowódca był żołnierzom osobiście znany i że mieli do niego pełne zaufanie, oraz że jeden drugiego również znał osobiście. Stąd wynikała niezwykle mocna solidarność i zwartość oddziału, bo wszyst­kich ożywiała szczytna ambicja, żeby nie ustępo­wać z placu za żadną cenę.
U tych jednak, którzy byli przydzieleni z innych oddziałów, celem uzu­pełnienia, walory te występowały nie tak wybitnie. Spostrzegłem, że w oddziałach innych np. kcyńskich duch taki nie panował, bo tam przeszkadzała w tem bliskość domu, co się później wykazało podczas boju pod Szczepicami, gdzie ich trzeba było wyciągać przemocą z domów.
W Zalesiu zakwaterowaliśmy się w oborach, pozostając w pogotowiu alarmowem. Znajdowało się tam również wojsko powstańcze z innych formacyi, jednak dziś nie pamiętam już z których. Noc upłynęła spokojnie, aczkolwiek odczuwać się dawało pewne podniecenie pośród powstańców, bo znajdowaliśmy się niedaleko od zajętego przez Niemców Szubina i nie znaliśmy sytuacji.
Dnia następnego 3-go lutego 1919, około go­dziny 9-tej rano otrzymała kompania przez gońca rozkaz z Dowódstwa odcinku, aby wyruszyła do Kcyni i zgłosiła swe przybycie w dowódstwie. Kompania wyruszyła bezzwłocznie w wskazanym kierunku, a przybywszy na miejsce, zostawiła na Rynku w Kcyni broń w kozły, wystawiła warty, a kucharze wraz z podoficerem prowiantowym Przybyłem przygotowywali obiad. Kasprowiak udał się do dowódstwa, aby zameldować przybycie oddziału. Po wydaniu obiadu, w trakcie spożywania tegoż, przybył z dowódstwa odcinka granic z rozkazem, aby dowódca oddziału stawił się natychmiast u niego. Ponieważ Kasprowiak nie był w tej chwili obecny, udałem się ja sam do podpor. Golniewicza. Zaczął on mówić do mnie po niemiecku : „Sie alarmieren sofort die Kompagnie und verladen sie auf Autos und fahran nach Richtung Szczepice, wo Sie als Reserve eingesetz werden”. („Pan zaalarmuje natychmiast kompanję, załaduje ją na samochody i uda się w kierunku Szczepic, gdzie stanowić będzie odwód“ — Tłum. rec.) Wyjaśnił mi również faktyczne położenie naszych oddziałów. Mnie to mocno zdziwiło, że dowódca odcinka przemawia do mnie po niemiecku, temwięcej, że go wtenczas do­piero osobiście poznałem, co widocznie wyrazić się musiało w mej zdziwionej minie. Dopiero ppor. Stawiński objaśnił mi, że ppor. Golniewicz pocho­dzi z Berlina i mówi bardzo słabo po polsku i dlatego jest zmuszony mówić po niemiecku.


Wpis 11

Kurier Średzki Nr 73 z 1935 r.

(Relacja Walentego Grzelaszyka z Pięczkowa, b. sierżanta sztabowego II-giej kompanji średzkiej).

V

Wróciwszy do kompanji zaraportowałem roz­kaz Dowódstwa Odcinku Kasprowiakowi, który bezzwłocznie wydał rozkaz zaalarmowania naszej kompanji i przygotowania się do marszu. Trębacz Podemski z Murzynowa Kościelnego natychmiast zatrąbił do zbiórki. Oddział w bardzo krótkim cza­sie zebrał się na Rynku, oddał częściowo plecaki do seminarjum nauczycielskiego i wyruszył do sa­mochodów ciężarowych, które stały przed Dowódz­twem odcinka, mieszczącem się w Restauracji Buchholca. Była to godzina mniej więcej 1/2do 1-szej w południe.
W trzech samochodach odwieziono nas pod kierownictwem pp. Sławińskiego, który otrzymał od ppor. Golniewicza osobisty rozkaz kierowania całą akcją pod Szczepicami, szosa w kierunku Nakła i wysadzono nas mniejwięcej w oddaleniu 500 metrów przed stanowiskiem naszej artylerji. Stały tam dwie armaty polowe 7,5 cm.

0293
Źródło: Kurier Średzki Nr 73 z 1935 r.

Powietrze było mroźne lekko falisty teren, wi­doczny aż do lasu na północny wschód od Zabło- cia, był pokryty dość grubą warstwą zmarzłego śniegu. Widoczność dla nieprzyjaciela była dobra, bo dzień był pogodny. Żołnierze mieli z sobą każdy po mniejwięcej 100 naboi karabinowych i przecię­tnie po 4 ręczne granaty. Do każdego kulomiotu było po dwie skrzynki naboi na taśmach. Podczas walki amunicji nie dowożono.
Po wyładowaniu nas z samochodów ciężaro­wych spostrzegłem po zachodniej stronie szosy Kcynia—Nakło grupki uciekających żołnierzy, zdą­żających w kierunku Kcyni. Na zapytanie moje, dlaczego uciekają? odpowiedzieli mi, że inni rów­nież uciekają, a na zapytanie, gdzie znajdują się Niemcy, nie mogli mi dać żadnego wyjaśnienia, od­powiadając mi, że nie wiedzą. Cofających się w roz­sypce nie zatrzymywałem, aby nie dopuścić do zde­moralizowania własnego oddziały.
Zresztą nie było czasu na refleksje i dyskusje, bo padł rozkaz do rozejścia się tyraljerę. Zdziwiło mnie to, że mając być w odwodzie, nie spostrze­głem przed sobą żadnej linji tyraljerskiej. Pomimo wszystko wykonując rozkaz, rozwinęliśmy się z miejsca wyładowania. Lewe skrzydło tyraljery na południowy wschód od szosy Kcynia—Szubin zajął pluton kostrzyński (dca Józef Wadyński), centrum pluton średzki (dca Stanisław Strauchmann), prawe zaś skrzydło pluton zaniemyski (dca Władysław Strobel). Atak rozpoczęliśmy około 1/2 do 2-giej po południu.
Początkowo nie widzieliśmy nieprzyjaciela wogóle i posuwaliśmy się lewem skrzydłem i środ­kiem tyraljery w kierunku północno-zachodnim, nieoslrzeliwani, mniejwięcej 500 metrów naprzód. Na naszem prawem skrzydle padały pojedyńcze strzały karabinowe. Dla nieprzyjaciela byliśmy po­czątkowo również niewidzialni, bo kryły nas krzewy i drzewa rosnące nad zamarzniętemi rowami i stru­mykiem, przepływającym przez teren walki.
Z chwilą, gdy tyraljera nasza wyszła na równe otwarte pole rozpoczęły cztery niemieckie haubice 15-to centymetrowe ostrzeliwać naszą linję, posu­wającą się stale naprzód. Artylerja nieprzyjaciel­ska oddała raz po razie dwie salwy szrapnelami, które jednak przeniosły najmniej 1000 metrów po­za naszą linję, detonując nawet poza pozycją naszej artylerji. Widocznie nie mieli Niemcy nale­żytej obserwacji i starali się naszą linję wymacać. Nasza artylerja, znajdująca się w pozycji pod Bą­kiem odpowiada teraz kilkoma strzałami granatów poczem raptownie milknie. Później dowiedziałem się, ze wycofała sie z pozycji.
Następne trzy salwy granatami stracail Niemcy tak gwałtownie, że ostatnia z nich padła już na wysokości naszej linji tyraljerskiej. Rozpryskujący się granat z tej to salwy ugodził w plutonie Strauchmanna w Leona Dembińskiego z Pięczkowa ury­wając mu obie nogi po kolana. Prócz tego poległe­go na polu walki było też kilku lżej rannych, któ­rzy z linji bojowej się wycofali.


Wpis 12.

Kurier Średzki Nr 75 z 1935 r.

(Relacja Walentego Grzelaszyka z Pięczkowa, b. sierżanta sztabowego II-giej kompanji średzkiej).

VI

Przed nami, w odległości 400 do 500 metrów przed drogą wiodącą z Szczepic do drogi do Suchoręcza znajdował się szereg kopców z ziemnia­kami, które na zmarzniętym terenie przedstawiały jakie takie punkty ochronne. Tu stąd była dobrze widoczna baterja ciężkich haubic nieprzyjacielskich, znajdująca się w pozycji na północnym brzegu ma­jętności Suchoręczek na wschód od drogi, prowa­dzącej od Suchoręczka do szosy Kcynia—Nakło. Można było nawet dokładnie i to gołem okiem, ob­serwować obsługę dział, które biły teraz w nasze linje gwałtownym ogniem bezpośrednim. Lewe skrzydło plutonu Wadyńskiego osiągnęło tymczasem Szczepice, gdzie znalazło osłonę. Ja wydałem ko­mendę, aby biegiem dopaść kopców i wyzyskać je jako osłonę. Niedaleko mnie leżał plutonowy z armji niemieckiej Leon Hacholski ze Śniecisk który zamiast skoczyć w stronę kopców, oświadczył mi pomiędzy jedną a drugą salwą granatów, że uda się do zabudowań szczepickich. Następna salwa przyniosła mu śmierć. Granat uderzył bowiem w bardzo krótkiej odległości od niego, zabijając go odłamkami na miejscu. Mnie ten sam granat oszczę­dził, bo oderwał mi tylko niemiecką koronę od pa­ska i postrzępił płaszcz, nie czyniąc mi żadnej dal­szej szkody.

6_0301
Źródło: Kurier Średzki Nr 75 z 1935 r.

Dobiegłszy do kopców, otworzyliśmy ogień z karabinów. Zakomenderowałem „Celownik 1100 — 1300 !“ Obok siebie spostrzegłem Grzegorczyka, ce­lowniczego z obsługi lekkiego karabinu maszyno­wego, jednak bez „maszynki”. Na moje zapytanie, gdzie kulomiot ? odpowiedział mi, że został na tyłach, porzucony przez rannego, który go niósł. Wnio­słem więc z nim razem kulomiot, leżący około 200 metrów za naszą linją w pozycję i oparłszy go na kopcu, rozpoczął Grzegorczyk z niego ostrzeliwać artylerję nieprzyjacielską. Nasza akcja bojowa z poza kopców nie trwała dłużej niż 10 minut. Niem­cy strzelali coraz więcej nerwowo, bo pociski prze­chodziły częściowo poza naszą linję. Kilka pocisków padło również na zabudowania gospodarki w Szczepicach.
Niemcy, nie mając obsłony własnej piechoty, a dowiedziawszy się prawdopodobnie o rozbiciu swych oddziałów, które miały natrzeć na Kcynię od wschodu i atakowani przez nas celnym ogniem z poza kopców, uznali dalszą akcję z ich strony za bezcelową i rzucili się do ucieczki. Będąc poza drogą, wiodącą przez lesisty teren od Suchoręczka do szosy Kcynia—Nakło musieli, aby się za nią do­stać, jeszcze więcej przybliżyć do naszych pozycyj. Myśmy ostrzeliwali ich dalej. Nasz lekki kulomiot, obsługiwany przez Grzegorczyka zastrzelił przy wjeździe na drogę leśną jednego konia z pierwszej pary zaprzęgu działa, znajdującego się na samym przodzie ich kolumny marszowej. Skutkiem czego wstrzymała się na kilka minut ucieczka. Niemcy odcięli zabitego konia i cała baterja pomknęła ga lopem do lasu, w kierunku szosy.
Z tą chwilą ruszyła cała nasza linja biegiem, z ogłuszającym krzykiem bojowym w pościg za uciekającą baterją niemiecką. Ucieczka byłaby się Niemcom przypuszczalnie powiodła, gdyby nie przy­padek. Działo bowiem, jadące na przodzie kolumny zaprzężone tylko w cztery konie, wyjechało z kolei i utknęło w piaszczystym terenie, stromo się wzno­szącym po lewej stronie drogi. Jadąca za niem kuchnia połowa zamierzała je wyminąć po prawej stronie i ugrzęzła w gruncie bagnistym, znajdującem się przypadkwo w tem miejscu po prawej stronie drogi. Wypadek ten zatarasował cała drogę tak, że dalsze pojazdy nie mogły się poruszać na­przód. Nasze grupy, biegnące pędem na miejsce wypadku, nie wiedząc jeszcze o powstałej, kłopotliwej sytuacji dla Niemców, spowodowały u nie­przyjaciela panikę. Ten nie widząc innej drogi wyj­ścia, zastrzeliwszy kilka koni, bo nie miał czasu, aby zabić wszystkie, zostawił całą kolumnę na drodze i rzucił się pieszo do ucieczki, porzuca­jąc po drodze cały rynsztunek bojowy: karabiny, paski, hełmy, ładownice, bagnety, szable, łopaty a nawet i płaszcze, co świadczyło o nieopisanym po­płochu i panice uchodzących. Takiej drogi odwrotu nie widziałem nawet w wojnie światowej.


2015-10-28 / 23:14:43

Cytat z Rocznika Związku Weteranów Powstań Narodowych R.P. 1914/19 w Poznaniu

„Dr Ludwik Rządkowski

Udział  2-giej  kompanji średzkiej w boju pod Kcynią

( 3. II.  1919 1 ).

 

Dnia 28 stycznia 1919 rozpoczęły wojska niemieckie wielki atak na północno-wschodnich odcinkach naszego frontu. Na Kcynię podążały I i V Bataljon Heimatschutzu. Pierwszym dowodził major Schimmel, drugim major von Meisel. Na Szubin szedł detaszowany oddział 14 pułku piechoty, którym dowodził rotmistrz Scholl, i detaszowany oddział porucznika von Greiffenberga, na Rynarzewo IV Bataljon Heimatschutzu i wschodnia ochotnicza dywizja marynarzy pod dowództwem porucznika Parsenow‘a, a na Antoniewo i Nową Wieś III Bataljon Heimatschutzu, którym dowodził kapitan Just. II Bataljon Heimatschutzu pod dowództwem kapitana Hubera stał w rezerwie’).
Niemcy zajęli 29 stycznia 1919 naprzeciw Kcyni Gromadno, Kowalewko i Studzienki, a dnia 30 stycznia Samoklęski naprzeciw Szubina. Zaś w dniu 1 lutego 1919, t. j. w dniu rozpoczęcia właściwego natarcia na linję Kcyni, obsadzili Niemcy Szubin, Lachowo i Rynarzewo. Tu stąd musiała się wycofać ochotnicza dywizja mary­narzy, zaatakowana z boku przez siły powstańcze, jednak dnia na­stępnego, t. j. 2-go lutego zajęli marynarze ponownie Rynarzewo, docierając aż do Florentowa.
W dniach tych była sytuacja w Kcyni wprost rozpaczliwa, zwłaszcza dlatego, że szeregi powstańcze pod naporem znacznie większych sił niemieckich ogarnęło zwątpienie i zamieszanie, a po­wstańcy poczęli się cofać w stronę Wągrowca i Gniezna, siejąc po drodze panikę i opowiadając, jak później stwierdzono, o naszem kompletnem rozbiciu. Wieści te dotarły przez dezerterów aż do Poznania ).
Do Kcyni przybył, w celu stwierdzenia sytuacji, oficer z Główne­go Dowództwa w Poznaniu, pułkownik sztabu generalnego Przeździecki, który widząc grozę położenia, wsiadł do samochodu i odje­chał4). Pomimo wszystko nie chciał szef sztabu frontu północnego, Mieczysław Paluch, ani myśleć o odwrocie, tylko walczyć aż do zwycięstwa.
Dnia 3 lutego rano przedstawiała się sytuacja nasza na północ- wschód od Kcyni następująco: Rozstrzembowo i Szczepice dworzec trzymała poznańska kompanja kulomiotów ppor. Jana Brelińskiego, Szczepice majętność kompanja gnieźnieńska kulomiotów ppor. Pa­wła Krenza, Zabłocie i Suchoręczek kompanja nakielska sierż. Jana Ziarnka, Słonawy Małe kompanja pakoska sierż. Czerniaka, Zabło­cie 2-ga kompanja średzka sierż. Leona Kasprowiaka, Szaradowo poznańska kompanja ppor. Sępińskiego i wrzesińska ppor. Zdzi­sława Beutlera. W odwodzie były kompanje Kalinowskiego i Wachtla. W Kcyni stała wągrowiecka kompanja kulomiotów, którą dowo­dził ppor. Bieszk. Artylerja nasza rozlokowana była następująco: w Dębogórze stał ppor. Chylewski z dwoma haubicami 15 cm, pod Szczepicami ppor. Nieżychowski z dwoma polowemi armatami, pod Bąkiem ppor. Kubik również z dwoma armatami polowemi, pod Szaradowem ppor. Kowalski także z dwoma armatami polowemi. Jedna armata połowa była na terenie odcinku III-go do dyspozycji dowódcy 3).
O godzinie 9-tej rano rozpoczęła artylerja niemiecka ostrzeli­wać Wolwark i Pińsko na odcinku III-cim, a piechota I Bataljonu Heimatschutzu rozpoczęła się posuwać w kierunku Słonaw i Pińska. Na skutek tego wycofał się jeden pluton Czerniaka ze Słonaw Ma­łych do Pińska. Równocześnie zaatakował pociąg pancerny z Nakła Szczepice i Rozstrzembowo, którego jednak natarcie odparła kom­panja kulomiotów ppor. Brelińskiego. 0 godzinie 11-tej nastąpił po­nowny silny atak pociągu pancernego na Szczepice, przyczem od­dział ppor. Brelińskiego rozpoczął się cofać. Równocześnie wyszła w podwójnej tyraljerze piechota niemiecka z lasów położonych na północ od naszych pozycyj w Zabłociu i Słonarach, zajmując Skorzewo karczmę, Słonawy, Suchoręczek, Suchoręcz, Elizewo, z zamiarem oskrzydlenia Szczepie. Artylerja niemiecka, znajdująca się pod Suchoręczkiem i Elizewem ostrzeliwała Szczepice i Bąk 6).
Oddziały powstańcze rozpoczęły się teraz na całej linji cofać. Oddział ppor. Brelińskiego i sierż. Ziarnka wycofał się na Kcynię, oddział ppor. Krenza na Suchoręcz i Malice, reszta oddziału sierż. Czerniaka na Pińsko 7).

Fot 1 Faza rozpoczecia
Faza rozpoczęcia ataku II Komp. Średzkiej . (godz. 14)

Oddziały sierż. Kasprowiaka, ppor. Sępińskiego i ppor. Beutlera były zakwaterowane w nocy z 2 na 3 lutego w Zalesiu. Ppor. Sępiń- ski i ppor. Beutler skierowali się też z swemi kompanjami rano dnia 3 lutego na Szubin, ale podczas marszu weszły ich hufce niespodzie­wanie w kontakt z nacierającą piechotą niemiecką, która już za­jęła Suchoręcz i posuwała się na Malice, chcąc zaatakować Kcynię od wschodu. Powstańcy jednak r.ie dopuścili do tego ataku i natarli na nią bezzwłocznie z boku od Szaradowa, wstrzymując tu i zmu­szając oddziały niemieckie do panicznego odwrotu do lasów, skąd wyszły. Mojem zadaniem nie jest jednak opisanie przebiegu tej wal­ki, która uchroniła Kcynię od zajęcia jej przez wroga, gdyż zdaję tu jedynie relację działań bojowych drugiej kompanji średzkiej, która wchodziła w skład mego bataljonu.
Ta ostatnia, będąc również przeznaczona jako odsiecz dla Szu­bina, wymaszerowała już 2-go lutego 1919 z Kcyni do Zalesia, gdzie się zakwaterowała po oborach, pozostając w pogotowiu alarmowem. Noc ta, poprzedzająca bitwę pod Kcynią upłynęła spokojnie, aczkol­wiek dawało się odczuć pewne podniecenie wśród powstańców, po­nieważ znajdowali się w pobliżu zajętego przez Niemców Szubina, a nie znali rzeczywistej sytuacji.
Dowódcą drugiej kompanji średzkiej był Leon Kasprowiak, star­szy żołnierz z armji pruskiej, który w szeregach powstańczych szyb­ko się dosłużył stopnia sierżanta, a później został mianowany podpo­rucznikiem Nie należał on do dowódców, mianowanych przez Na­czelną Radę Ludową, która więcej dbała o „ustosunkowanie” kan­dydata na oficera, niż o jego rzeczywiste uzdolnienie wojskowe, nie badając charakteru i zasobu energji kandydatów na dowódców. Nie można bowiem zamilczeć, że tak jak hufce powstańcze w pierw­szych dniach i tygodniach ruchu zbrojnego, tak też ich dowódcy byli pewnego rodzaju improwizacją. Na zew złotego rogu stawały niespo­dziewanie gromadki, łączące się w gromady i oddziały zbrojne idące z całą odwagą zaprawionego do boju żołnierza, porywając z sobą młodzież rozentuzjazmowaną, która szła na wroga z całem bohater­stwem poświęcenia. Na czele takich zaimprowizowanych oddzia­łów stawali często zaimprowizowani dowódcy, którym ci z nominacji nieraz oddawali komendę. Do takich zaimprowizowanych dowód­ców należał i Leon Kasprowiak, a pozostanie on na zawsze, tak sa­me jak inni, jemu podobni, Szczytnem i chlubnem wspomnieniem w dziejach naszych walk o niepodległość, przed którymi każdy z nas powstańców uchylić musi czoła.
W godzinach porannych, dnia 3-go lutego słychać było silną ka­nonadę od wschodu. To Niemcy ostrzeliwali Wolwark i Pińsko, a nie­które ich pociski padały nawet w okolicy Szaradowa, na północny wschód od wsi. Aby się przekonać o sytuacji, wyjechał szef sztabu ppor. Paluch w tę okolicę.

Konrad Golniewicz, dowódca odcinka IV. Kcynia.
Konrad Golniewicz, dowódca odcinka IV. Kcynia.

Już o godzinie 9-tej rano wręczył konny ordynans z dowództwa odcinku Kasprowiakowi, dowódcy drugiej kompanji średzkiej, rozkaz wymarszu do Kcyni i zgłoszenia przybycia oddziału u ppor. Golniewicza. Kasprowiak, wydawszy odpowiednie rozkazy, siadł na ko­nia i pojechał do Kcyni, a kompanję poprowadził do miasta dowódca plutonu kostrzyńskiego sierżant Józef Wadyński. Stanąwszy około godz. 11-tej przedpoł. na miejscu, zestawiła kompanja broń w kozły, wystawiła warty, a kucharze przygotowywali wraz z podoficerem prowiantowym, Przybyłym, obiad. W trakcie spożywania obiadu przybył z dowództwa odcinku ordynans z rozkazem, aby tam­że stanął natychmiast dowódca kompanji. Ponieważ Kasprowiak nie był w tej chwili obecnym, zastąpił go sierżant sztabowy Walenty Grzelaszyk i otrzymał tu od ppor. Konrada Golniewicza rozkaz na­tychmiastowego zaalarmowania kompanii, załadowania jej na samo­chody i wyruszenia w kierunku Szczepie, gdzie kompanja miała po­zostać w odwodzie. Grzelaszyka zadziwiło niemało to, że wyda­wał mu rozkazy oficer w uniformie niemieckim, nieznający języka polskiego i mówiący do niego po niemiecku. Sprawę tę wyjaśnił dopiero później ppor. Sławiński, objaśniając mu, że ppor. Golniewicz, będąc wychowany w Berhnie, choć Polak z krwi i kości, języ­kiem ojczystym dostatecznie nie włada.
Wróciwszy do kompanji, gdzie się zjawił w międzyczasie też już Kasprowiak, zaraportował jemu sierż. Grzelaszyk otrzymany rozkaz. Dowódca kompanji rozkazał bezzwłocznie zatrąbić na alarm i przygotować się do wymarszu. Rozkaz ten wypełnił natychmiast trębacz Podemski z Murzynowa Kościelnego i odbyła się zbiórka. Oddział zebrał się po upływie kilku zaledwie minut na rynku, ludzie oddali częściowo swe plecaki do seminarjum nauczycielskiego i wy­ruszyli do samochodów ciężarowych, które stały, gotowe do odjazdu, przed dowództwem odcinku, mieszczącem się w restauracji Buchholca Alarm nastąpił mniejwięcej o godzinie 1/2 do 1-szej po­południu.
W mieście panowało dziwne podniecenie. Po ulicach widziało się pojedynczych żołnierzy i małe grupy cofających się z pola walki. Siali oni popłoch i rozpowiadali, że Niemcy nacierają poważnemi si­łami od Nakła i Gromadna. Żołnierz drugie; kompanji średzkiej stał jednak spokojnie, drw:ąc i pokpiwając sobie z uciekinierów.
Około godziny 1-szej popołudniu odwieziona została druga kom­panja średzka w trzech samochodach ciężarowych, któremi rozpo­rządzał ppor. Sławiński, szosą w kierunku Nakła. Kompanja stanęła w odległości około 500 metrów przed pozycją armat polowych 7,5 cm. któremi dowodził ppor. Kubik pod Bąkiem, w odległości około 1000 metrów od Szczepie W okolicy Szczepie słychać było od­głosy ożywionej walki. Szosa była przepełniona grupami cofających się powstańców, którzy podążali również i polami w kierunku Kcyni. Oddział średzki starał się powstrzymać uchodzących, do których zwracał się kapral Krynowiecki z plutonu kostrzyńskiego groźbą i perswazją, ale bezskutecznie. Grzelaszyk przeciwnie, cofających się w rozsypce nie zatrzymywał, aby nie dopuścić do zdemoralizo­wania własnego oddziału. Na zapytanie jego, dlaczego uciekają, od­powiedzieli mu, że inni robią tak samo. O pozycjach nieprzyjaciel­skich nie mogli jednak dać Grzelaszykowi żadnych wiadomości.
Powietrze było mroźne. Lekko falisty teren, widoczny aż do la­su na północny-wschód od Zabłocia był pokryty dosyć grubą war­stwą zmarzłego śniegu. Widoczność dla nieprzyjaciela była dobra, bo dzień był pogodny.

Sztab II. kompanji średzkiej. Stoją: Walenty Grzelaszyk-Władysław Strabel i Leon Kasprowiak. Siedzi: Stanisław Strauchmann.
Sztab II. kompanji średzkiej. Stoją: Walenty Grzelaszyk-Władysław Strabel i Leon Kasprowiak. Siedzi: Stanisław Strauchmann.

Druga kompanja średzka liczyła 112 ludzi, posiadała 2 lekkie kulomioty, wóz bagażowy i kuchnię połową. Jeden lekki kulomiot był przydzielony do plutonu kostrzyńskiego, drugi do plutonu średzkiego. Pierwszym operował Czesław Wiśniewski, drugim Feliks Grzegorczyk. Ludzie otrzymali po mniejwięcej 100 nabojów i po cztery ręczne granaty każdy. Karabiny maszynowe miały po dwie skrzynki nabojów na taśmach. Podczas walki amunicji nie dowożono.
Po zejściu z samochodów ciężarowych wydał dowódca Kaspro­wiak rozkaz rozwinięcia się w linję tyraljerską.
Pomimo, że dowództwo odcinku przeznaczyło kompanję Kasprowiaka jako rezerwę, utworzyła się sytuacja taka, że z miejsca rozwinięcia się, musiała kompanja przejść do ataku. Pluton kostrzyński pod dowódcą Józefem Wadyńskim, stanowił lewe skrzydło linji tyraljerskiej, zajmując pozycję na wschód od szosy Kcynia—Nakło, aż do drogi, prowadzącej z Malic do Szczepie, opierając się lewem skrzydłem o szosę, prawem zaś sięgając poza drogę wyżej wymie­nioną. Środek linji zajął pluton średzki, którym dowodził Stanisław Strauchmann, a lewe jej skrzydło wysunęło się jeszcze więcej na wschód, sięgając do drogi polnej, wiodącej od Rzemieniewic do Suchoręcza. Stał tu pluton zaniemyski, którym dowodził Władysław Strabel. Lewe skrzydło kompanji miało łączność z oddziałem ppor. Brelińskiego, prawe zaś z oddziałem ppor Krenza, który stał w wal­ce flankowej z Niemcami w okolicy Suchoręcza.
Pluton Wadyńskiego po rozwinięciu się w tyraljerę, nie miał nie­przyjaciel | wprost przed sobą, taksamo posuwał się pluton Strauchmanna i Strabla w kierunku północno-wschodnim, nieostrzeliwany przez Niemców. Tylko na naszem prawem skrzydle padały pojedyn­cze strzały na cofających się pod naporem naszego kontrataku Niemców. I-szy Bataljon Heimatschutzu został tu rozgromiony i po­szedł zupełnie w rozsypkę, ponieważ nie był rzekomo „dostatecznie w sobie spojony” ). Chcąc ratować sytuację, ostrzeliwała artylerja niemiecka nasze podchodzące oddziały bez obsłony własnej piechoty.
Jak wyżej zaznaczyłem, polegała pierwsza faza kontrataku dru­giej kompanji średzkiej na podchodzeniu nieprzyjaciela, nieatako- wana wogóle przez niego, ponieważ była dla artylerji nieprzyjaciel­skiej niewidoczna. Zakrywały ją bowiem krzewy i drzewa, rosnące nad zamarzniętemi rowami i strumykiem w zagłębieniu na południowy-wschód od Szczepic.
Z chwilą, gdy pluton średzki i zaniemyski wyszły na otwarte równe pole, cztery haubice niemieckie 15-centymetrowe, stojące nad drogą na północ od Suchoręczka, oraz dwie ciężkie armaty polowe 10,5 cm, ustawione na brzegu lasu pod Zabłociem, rozpoczęły ostrze­liwać naszą linję, posuwającą się stale naprzód. Haubice oddały raz po razie dwie salwy szrapnełami, które jednak przeniosły najmniej 100 metrów za naszą linję, eksplodując nawet poza pozycją naszej artylerji pod Bąkiem. Niemcy nie mieli widocznie należytej obser­wacji i starali się naszą linję wyszukać. Teraz odpowiedziała arty­lerja nasza kilkoma strzałami granatów w kierunku artylerji nie­przyjacielskiej, poczem jednak raptownie zamilkła, wycofując się i zajmując inną pozycję, bliżej Szczepie.
Następne trzy salwy granatami skracali Niemcy tak gwałtownie, że ostatnia z nich padła już na wysokości naszej linji tyraljerskiej. Jeden z rospryskujących się granatów z ostatniej salwy ugodził w plutonie Strauchmanna w szeregowca Dembińskiego I z Pięczkowa (z ojca Ignacego), urwał mu obie nogi, raniąc śmiertelnie. Prócz tego było kilku lżej rannych, którzy wycofali się z linji bojo­wej. Pluton Wadyńskiego nie poniósł żadnych strat, pomimo, że kilkanaście granatów padło również w pobliżu linji. Jeden z grana­tów, który nie eksplodował, padł pomiędzy dowódcą plutonu Wadyńskim, a Maksymiljanem Markiewiczem, obryzgując ich jedynie zmarzłemi grudami ziemi, nie czyniąc im żadnej dalszej krzywdy. Pluton zaniemyski nie poniósł również żadnych strat prócz dwóch czy trzech ludzi lekko kontuzjowanych zmarzłemi grudami ziemi.
Bardzo dzielnym okazał się w tej sytuacji dowódca kompanji Kasprowiak, który nie zważając na eksplodujące pociski, biegł na najbardziej zagrożone prawe skrzydło, by tamże zachęcić żołnierzy przykładem do parcia naprzód mimo strat, które plutony te ponio­sły już w zabitym i w rannych.
Pluton kostrzyński, nie mając do pokonania żadnej większej przeszkody, postępował raźno naprzód w tym celu, aby zejść z otwartego pola i zająć budynki dworskie w Szczepicach, co się mu też udało bez strat uskutecznić. Pluton środkowy i na prawem skrzy­dle nie dotrzymały, obsypywane granatami nieprzyjacielskiemi, kro­ku plutonom na skrzydle, ale zatrzymały się mniejwięcej w odległo­ści 400 do 500 m na południu od drogi wiodącej z Suchoręcza do Szczepic, gdzie znajdował się szereg kopców z ziemniakami, które na zmarzniętym terenie przedstawiały jakie takie punkty ochronne. Tu stąd była doskonale widoczna baterja ciężkich haubic nieprzyjacielkich, znajdująca się w pozycji bojowej na północnym skraju majęt­ności Suchoręczek, na wschód od drogi, prowadzącej od majętności do szosy Kcynia—Nakło. Można nawet było, i to gołem okiem, ob­serwować obsługę dział, która zaczęła teraz bić w linję naszą bez­pośrednim ogniem.
W chwili tej wydał sierż. Walenty Grzelaszyk, który znajdował się w plutonie Strauchmanna, rozkaz, aby biegiem dopaść kopców i wyzyskać je jako obsłonę. Niedaleko od niego leżał plutonowy z armji niemieckiej, Chacholski ze Śniecisk, który zamiast skoczyć do kopców, oświadczył Grzelaszykowi pomiędzy jedną a drugą salwą artylerji nieprzyjacielskiej, że się uda do zabudowań szczepickich. Następna salwa przyniosła mu śmierć. Granat uderzył bowiem w bardzo krótkiej odległości od niego, zabijając go odłamkami, na miejscu. Grzelaszyka, który się znajdował tuż obok niego odłamki granatu oszczędziły, bo oderwały mu tylko manierkę od paska i po­strzępiły płaszcz.
Dobiegłszy do kopców, otworzył pluton średzki ogień z karabi­nów maszynowych na artylerję nieprzyjacielską, znajdująca się teraz w odległości około 1200 metrów. Grzelaszyk spostrzegł obok siebie Grzegorczyka, celowniczego z obsługi lekkiego karabinu ma­szynowego, jednak bez kulomiotu. Na jego zapytanie gdzie „maszyn­ka”, odpowiedział mu ten, że pozostała wtyle, porzucona przez ran­nego, który ją niósł Grzelaszyk wrócił z Grzegorczykiem po kulo­miot znajdujący się około 200 metrów wtyle i wniósł go w pozycję. Tu oparłszy go na kopcu, rozpoczął Grzegorczyk ostrzeliwać z niego nieprzyjaciela Pluton zaniemyski rozpoczął tymczasem zachodzić podskokami pod Suchoręczek, aby zaatakować nieprzyjaciela z bo­ku, od południa.
Akcja bojowa w tej fazie walki trwała około 10 minut. Niemcy strzelali coraz więcej nerwowo, bo pociski przenosiły częściowo po­za naszą linję. W Szczepicach zostały również poważnie uszkodzone zabudowania gospodarskie, kilka domów służby folwarcznej było zupełnie zniszczonych, a w czworokątnym kominie gorzelni widniała w jednym rogu głęboka dziura od granatu.
Ponieważ artylerja biła tu celnie, a pobyt w Szczepicach był niepotrzebny, a nawet niebezpieczny, wyszedł Wadyński ze swym plutonem, celem osiągnięcia drogi, wiodącej od szosy Kcynia—Na­kło do Zabłocia. Teren pomiędzy Szczepicami a Zabłociem był po­łożony niżej, niż otoczenie, co pozwalało na łatwe jego przebycie. Kilkunastu ludzi z plutonu pozostało jednak w Szczepicach, udając rannych i kontuzjonowanych.
Niemiecka artylerja, nie mając obsłony własnej piechoty, do­wiedziawszy się prawdopodobnie o zupełnem rozbiciu reszty bataljonu — a atakowana przez pluton średzki celnym ogniem frontal­nym i oskrzydlana przez pluton zaniemyski, uznała dalszą akcję ze swej strony za bezcelową i rozpoczęła się przygotowywać pospiesz­nie do ucieczki. Ogień jej nagle zamilkł, a obsługa spinała w pospie­chu działa, aby ratować się ucieczką. Znajdując się poza drogą, wio­dącą przez teren lesisty od Suchoręczka do szosy Kcynia—Nakło masieli, by się na nią dostać, jeszcze więcej przybliżyć do pozycji naszych. Podczas tego manewru ostrzeliwał ich dalej pluton średzki z kulomiotu oraz ręcznych karabinów. Przy wjeździe na leśną drogę padł jeden z koni z pierwszej pary zaprzęgu działa, stanowiącego czoło uciekającej kolumny niemieckiej, skutkiem czego wstrzymała się na kilka chwil ucieczka. Niemcy odcięli jednak zabitego konia i cała baterja pomknęła galopem do lasu.

Józef Wadyński, dowódca plutonu kostrzyńskiego.
Józef Wadyński, dowódca plutonu kostrzyńskiego.

Pluton Wadyńskiego starał się tymczasem dotrzeć do Zabłocia z tem zadaniem, aby uderzyć na artylerję niemiecką od północy z boku. Gdy artylerja nasza zamilkła, posuwał się pluton kostrzyński w terenie słabo zalesionym już na wysokości wioski Zabłocie, a wznoszącym się tu nieznacznie, śmiało naprzód. Naraz zwrócił Wadyńskiemu uwagę Jan Korcz, który się wysunął najwięcej na­przód, że na prawo od plutonu, w lasku, w odległości około 800 me­trów, posuwa się szybkim galopem uciekająca baterja artylerji nie­przyjacielskiej. W tejże chwili rozpoczęli żołnierze plutonu ostrzeli­wać samorzutnie gęstym ogniem uciekającą kolumnę, nie czyniąc jej widocznie z powodu oddalenia i zadrzewienia terenu żadnej szko­dy, bo zabitych Niemców ani rannych żadnych nie znaleziono Cała grupa Wadyńskiego rzuciła się z ogromnym ferworem w kierunku armat, które odcięte od szosy, musiały się na leśnej drodze zatrzy­mać, i jako pierwsza wzięła działa niemieckie w posiadanie.
W ostatniej fazie walki rzucił się również pluton Strauchmanna biegiem i z ogłuszającym krzykiem bojowym w pościg za uciekającą baterją niemiecką i osiągnął ją w lesie, łącząc się z grupą kostrzyniaków pod Wadyńskim. Ucieczka byłaby się Niemcom może jeszcze udała, gdyby nie przypadek. Działo bowiem jadące na samym prze­dzie kolumny, które straciło już jedną parę koni, ciągnięte przez dwie pozostałe pary wyjechało z kolei i ugrzęzło kołem przedniem w piaszczystym gruncie, wznoszącym się stromo po południowej stro­nie drogi, tak że się musiało zatrzymać. Jadąca za niem kuchnia po­łowa, zamierzając je wyminąć, wyjechała na prawo i ugrzęzła w grun­cie bagnistym, znajdującym się. przypadkowo na tem miejscu po pół­nocnej stronie drogi. Takim sposobem powstał zator, który zataraso­wał drogę do szosy tak, że cała kolumna niemiecka musiała się zatrzymać. Niemcy nie myśleli już o obronie, tylko uciekali do lasu w kierunku północnym, częściowo na uciętych z uprzęży koniach, częściowo pieszo. Kilka koni, aby nie pozostawiać ich w ręku na- szem, zastrzelono. Nasze grupy, biegnące pędem na miejsce wypau- ku wywołały u nieprzyjaciela taki popłoch, że w czasie ucieczki porzucił po drodze cały rynsztunek bojowy: karabiny, paski, heł­my, ładownice, bagnety, łopaty, a nawet i płaszcze.
Druga kompanja średzka zdobyła tu cztery haubice niemieckie 15 cm i dwie ciężkie armaty polowe wraz z zaprzęgiem i amunicją, kilka wozów bagażowych, kuchnię połową, wóz sanitarny, cztery karabiny maszynowe na wozach. Przy zdobyczy zostało około 25 koni pociągowych. Obsługa niemiecka na koniach uszła niestety drogą, wiodącą ku szosie, piesi zaś przedzierali się przez gęsty las, pozbywając się stopniowo rynsztunku, który im zawadzał w ucieczce.
W zdobytej kuchni polowej dogotowywał się obiad, którego Niemcy nie zdążyli już skonsumować. Smaczna gęsina, którą nie­przyjaciel musiał porzucić, spadła naszym zuchom po trudach dnia jakoby z nieba, a do uzupełnienia wytwornego „menu” przyczyniły się też niemało wozy bagażowe, zaopatrzone bogato w różne przy­smaki i szlachetne trunki wyskokowe, co świadczyło pochlebnie o podniebieniu naszych adwersarzy.
Cztery z zabranych Niemcom koni zabrała kompanja dla siebie. Jedną parę zabrał kucharz Gelniak, zamianowawszy je „Kasia Marysia”, do kuchni polowej, drugą zaś parę wymieniła kompanja na przydzielone jej w Środzie marne szkapiny i zużyła jako zaprząg do wozu bagażowego. Dostały się też kompanji dwa ciężkie ku­lomioty wraz z wozami i zaprzęgiem.
W międzyczasie zjawił się przy zdobyczy pluton zaniemyski Strabia, który obszedłszy miejscowość Suchoręczek, miał rozkaz zaatakować Niemców z flanki wzgl. z tyłów Do akcji tej jednak już niedoszło.

Faza końcowa ataku II Komp. Średz. (godz. 15,30)
Faza końcowa ataku II Komp. Średz. (godz. 15,30)

Wadyński, widząc zdobycz zabezpieczoną przez nadbiegają­cych ludzi, nie zwlekał ani chwili, ale postanowił pójść jeszcze dalej naprzód aby zabezpieczyć nasze boki przed ewentualnym kontrata­kiem niemieckim, nikt bowiem nie przypuszczał w chwili tej, że Niemcy poszli zupełnie w rozsypkę i że się nie starali nawet połą­czyć w większe oddziały. Wysłał on najpierw jako czujkę grupę kostrzyniakow, która odmaszerowała drogą leśną do szosy z poleceniem zrekognoskowania terenu w kierunku Nakła. Grupę tę prowadził Ludwik Świerkowski z Kostrzyna, a sam udał się z inną grupą przez las również w kierunku północnym w tym samym celu. Grupa Świerkowskiego dotarła aż do karczmy Czerwonak, położonej pomiędzy szosą a torem kolejowym do Nakła. Tu dostała się w silny ogień ka­rabinów maszynowych i armaty rewolwerowej z pociągu pancerne­go, manewrującego ciągle jeszcze na torze kolejowym, który grupa ta zamierzała podejść. Niespostrzeżeni przez Niemców udali się nasi powstańcy aż pod samą karczmę, stojącą na małej polanie, pomiędzy torem kolejowym a szosą. Kilku z nich, pomiędzy innymi Ludwik Świerkowski i Walenty Kubacki podeszli aż prawie pod sam pociąg. Świerkowski zawołał do załogi, kto oni. Na to padła odpowiedź „kommt mai her, ihr verfluchten Pollacken” i w chwili tej posypał się na podchód grad kul. Śmiałkowie ukryli się za przeciwległą ścia­nę oberży. Kubacki udał się rowem do reszty towarzyszy, znaj­dujących się na skraju lasu, Świerkowski zaś przez zaśnieżoną po kolana polankę również w gęstwinę drzew. Obsada pociągu pancer­nego strzelała jednak o wiele za wysoko, tak że wszyscy wydostali się z opresji tej bez jakiegokolwiek szwanku.
Słysząc strzelaninę, zatrzymał się Wadyński ze swą grupą, aby się zorjentować i powziąć dalszą decyzję. Tu połączył się z nim do­wódca drugiej kompanji średzkiej Kasprowiak, który szedł również naprzód w tym samym celu, co i on. Połączywszy się, udali się ze swymi ludźmi w kierunku skąd dochodziły odgłosy tej ostrej a gwał­townej strzelaniny. Idąc naprzód, spotkali oni cofającą się grupę Świerkowskiego, który zaraportował Kasprowiakowi o zajściu pod Czerwonakiem. Pociąg pancerny odjechał sobie tymczasem spo­kojnie, przez nikogo niezaczepiony, do Nakła. Na odgłos strzelaniny z pociągu pancernego, wysłała również nasza artylerja z pod Dębogóry dwa pociski, które przypadkowo detonowały zupełnie w po­bliżu własnych grup, nie czyniąc im jednak żadnej szkody.
Świerkowski, będąc szalenie przemęczony, przyłączył się wraz z swoim bratem Zygmuntem do ludzi, odwożących zdobycz do Kcy- ni. Tu zdał sierżant Walenty Grzelaszyk komendę Stanisławowi Strauchmannowi, udając się sam na pole walki, aby zarządzić od­wiezienie poległych, których zwłoki odtransportowano do Kcyni na podwodach, zarekwirowanych w Suchoręczu. Poprzednio jeszcze nadszedł od strony Zabłocia ppor. Breliński, który znajdował się ze swym oddziałem również w pościgu za nieprzyjacielem. Grzelaszyk udał się zaś do Kcyni, aby zaraportować ppor. Golniewiczowi, do­wódcy odcinku 4-tego, o przebiegu całej akcji bojowej i o odniesionem zwycięstwie.
Grzelaszyk udał się konno na pole walki, aby zarządzić za­branie zwłok poległych towarzyszy. Po załatwieniu sprawy udał się w kierunku Kcyni, spotykając na drodze pomiędzy Rzemieniewicami a Malicami ppor. Krenza, który również jechał konno, a którego Grzelaszyk jeszcze osobiście nie znał. Krenz wogóle nie znał języka polskiego i zapytał Grzelaszyka po niemiecku: „Wie steht‘s da vorne?‘‘10) Ten w zapadającym mroku sądząc, że ma z zabłąkanym Niemcem do czynienia, chwycił za broń z słowami: „Hande hoch, wer sind Sie?“11) — na co mu Krenz odpowiedział: „Ich bin doch Leutnant Krenz von den Maschingewehren”12). Znając ppor. Krenza z nazwiska, wyjaśnił mu Grzelaszyk sytuację, z czego ten był bar­dzo uradowany13).
W Kcyni zaraportował Grzelaszyk również ppor. Golniewiczowi o odniesionem zwycięstwie i o zdobyczy, prosząc o wysłanie koni, celem odtransportowania zdobyczy. W dowództwie zapanowała wielka radość, Golniewicz go serdecznie uściskał i wysłał natych­miast telegram do Poznania, zawiadamiając Dowództwo Główne o odparciu Niemców.
Kasprowiak wspólnie z Wadyńskim postanowił za radą Wadyńskiego dotrzeć aż do Studzienek, dokąd też bezzwłocznie pomasze­rowali z grupą ludzi z wszystkich trzech plutonów 2-giej kompanji średzkiej, składającą się z około 40 ludzi. Studzienki osiągnięto póź­nym wieczorem i zajęto tę miejscowość, zupełnie opuszczoną przez Niemców — bez wystrzału. Pochód odbywał się z wszelkiemi środ­kami ostrożności, bo średziacy byli złakomieni na dalszą zdobycz i chcieli zaskoczyć Niemców. Ci jednak opuścili dawno już wieś, znajdowali się w niej tylko koloniści, bardzo ugrzecznieni, którzy jednak nie mogli, czy też nie chcieli dać powstańcom żadnych infor- macyj, dokąd się Niemcy wycofali. Jedynie w stronie Gromadna wi­dzieć można było często wzbijające się rakiety świetlne — bezwątpienia niemieckie, wypuszczane przez wycofującego się poza Noteć nieprzyjaciela. Grupa Kasprowiaka i Wadyńskiego zakwaterowała się w Studzienkach w karczmie przy szosie i wystawiła silne czujki zabezpieczające przedewszystkiem szosę z Studzienek do Paterka. Ludzie porozchodzili się po wsi celem zasięgnięcia języka względnie pojmania niedobitków niemieckich, których jednak nie znaleziono, bo mieszkańcy narodowości polskiej informowali naszych, że Niem­cy wycofali się z Studzienek w wielkim popłochu.
Krótko potem przybył do Studzienek również ppor. Krenz z gnieźnieńską kompanją kulomiotów i zajął zachodnią część Stu­dzienek. Oddziały te nie pozostawały jednak długo w tej miejscowo­ści, bo około godziny 11-tej w nocy przywiózł konny ordynans z Kcyni z Dowództwa Odcinku rozkaz, aby się natychmiast wycofać do Zabłocia.
W myśl tego rozkazu nastąpił niczem nieuzasadniony odwrót do przeznaczonej miejscowości. Na przedzie postępował oddział ppor. Krenza, który jak zwykle rozmawiał ze swemi ludźmi po nie­miecku. Okoliczność ta stała się nieomal tragedją dla oddziału. Inna część drugiej kompanji średzkiej znajdująca się już w Zabłociu, wystawiła silną placówkę pod lasem na wzniesionym terenie, przy zbiegu drogi polnej z Zabłocia z szosą Kcynia—Nakło oraz wysłała czujki w kierunku Nakła do Czerwonaka. Placówka, słysząc nadcho­dzący oddział, rozmawiający swobodnie po niemiecku, zamierzała go zaatakować. Szczęściem dla oddziału Krenza, zaklął jeden z jego ludzi siarczystem „Psiakrew cholera!” co przekonało naszych, że mają do czynienia ze swoimi.
W Zabłociu zakwaterowała się przybyła grupa, szalenie prze­męczona, bo niektórzy z ludzi mieli przynajmniej po 40 kilometrów marszu poza sobą, we wsi u gospodarzy na słomie, rozesłanej po izbach. Wadyńskiemu przyniósł tu Jan Forczpaniak z plutonu kostrzyńskiego kilka butelek wina do wyboru, prawdopodobnie z za­pasów hr. Czarneckiego z Szczepie, polecając mu ładne czyste bu­telki podłużne z bajecznie lśniącemi kapsułkami. Oprócz tego miał on jedną butelkę zupełnie omszoną, którą zamierzał wyrzucić, aby się nie otruć „świństwem”. Wadyński oddał mu oczywiście łaskawie młody rocznik reńskiego, a poświęcił się wypić „paskudne świń­stwo” z butelki omszonej, które też rozeszło mu się ciepłem i błogo­ścią po zmęczonych kościach.
Ppor. Krenz stanął ze swym oddziałem w Suchoręczku, a na za­chód utrzymywała druga kompanja średzka łączność z oddziałem kulomiotów ppor. Jana Brelińskiego w Rozstrzembowie. Kompanja, której sztab ulokował się u sołtysa wsi Zabłocie, Niemca Heisego, bardzo lojalnie usposobionego względem Polaków, których nawet bronił przed szykanami Grenzschutzu — wysyłała częste czujki, bo znajdując się w bezpośredniem sąsiedztwie lasu, rozciągającego się od Zabłocia na północ, aż prawie do Noteci, stała na stanowisku po­ważnie wystawionem na niebezpieczeństwo, co zmuszało wprost do zachowania jaknajdalej posuniętych środków ostrożności i czujności.
Zwycięstwo oręża powstańczego pod Kcynią było jednym z naj­większych sukcesów, osiągniętych podczas powstania, bo tu został 1-szy bataljon Heimatschutzu zupełnie zniesiony. 5-ty bataljon Heimatschutzu nie mógł się temsamem również utrzymać na swych po­zycjach i musiał się cofać aż za Noteć. Położenie Niemców stało się bardzo krytycznem, bo 1-szy bataljon Heimatschutzu nie wchodził jako jednostka bojowa już wogóle w rachubę, a Niemcy żadnemi re­zerwami w tej chwili nie rozporządzali. Tak samo zaatakowali Pola­cy 4-ty bataljon Heimatschutzu, którym dowodził porucznik niemiec­ki von der Decken z kierunku miejscowości Bagno, tak że musiał się cofnąć, ponieważ siły jego się wyczerpały, poza górny kanał notecki. Eksponowanych stanowisk oddziału detaszowanego, którym dowo­dził Scholl w Szubinie, oraz oddziału detaszowanego pod dowódcą Greiffenbergiem w Lachowie, nie mogli Niemcy również utrzymać i wycofali się poza Noteć pod Turem, tracąc temsamem Szubin po­raź wtóry.
Skutkiem tego nieudałego natarcia niemieckiego kursowały po Bydgoszczy najnieprawdopodobniejsze wieści, które głosiły że Pola­cy znajdują się już w marszu na Bydgoszcz po północnej stronie ka­nału bydgoskiego. „Szczęśliwym trafem dla Bydgoszczy” -— pisze kronikarz niemiecki — „nie naparli Polacy na Bydgoszcz większemi siłami, któreby cały front zupełnie załamały, bo został on tylko wzmocniony przez nowoprzybyłe posiłki”14).
Tak dokonano z małemi środkami czynów niepospolitych, zadań ponad siły, których żaden biuletyn bojowy do wiadomości światu nie podał żaden kronikarz dotychczas potomności nie przekazał… Szli, walczyli, ginęli na stosie ofiarnym obowiązku. Dowódcy zaś drobnych oddziałów z trudnością mogli utrzymać wojskową hierarchiczną łączność z sobą: tysiące trudności przecinało wciąż, pilnie nawiązy­waną sieć stosunku i zależności wojskowej. Trudności stawały się tem większemi, iż cała organizacja powstańcza była jedynie impro­wizacją, Cały ruch powstańczy wytworzył się tak nagle, urósł i roz­winął, iż prawdziwie niepodobna oprzeć się zdumieniu, że zdołano wysnuć z siebie tyle zasobów energji, wytrwałości przy niezmiernym braku wyćwiczenia i środków technicznych, przy braku broni, amu­nicji i pieniędzy. Pomimo braków tych, potrzeba było mieć u góry władzę naczelną silną, wolną od wszelkich wstrząśnień wewnętrz­nych, a i tej — nie było . . .

 1) Szczegóły, dotyczące bitwy, zaczerpnąłem ze wspomnień własnych oraz relacyj pisemnych Józefa Wadyńskiego, Walentego Grzelaszyka i Władysława Strabla, uczestników tejże. Oryginały relacyj są w mem posiadaniu. Szczegóły, zaczerpnięte z innych relacyj, zanotowane są w dopiskach.
2) Stephan: Todeskampf der Ostmark; str. 99 i nast.
3) Protokół spisany z dezerterami w Kostrzynie przez Walentego Rubisia. Oryginał w posiadaniu autora.
4) Relacja por. Brelińskiego w Referacie Histor. przy D. O. K. VII Nr. 86.
5) Relacja d-cy odcinku 4-go Konrada Golniewicza. W posiadaniu autora.
6) Relacja majora w st. sp. Konrada Golniewicza. Ze zbiorów autora.
7) dto.
8) [brak przypisu]
9) Stephan: Todeskampf der Ostmark; str. 99 („nicht geniigend in sich ge- festigt”).”

Copyrighted Image