Ksiądz Karol Zwaka.

ks-crop1
Ksiądz Karol Zwaka (1931 r.) Źródło: zbiory własne.

Ksiądz Karol Zwaka urodził się dnia16 kwietnia 1890 r. w miejscowości Thurze (od 1911 r. niemiecka nazwa Wellendorf, obecnie Turze ), położonej w powiecie raciborskim na Śląsku. Święcenia kapłańskie przyjął dnia 25 czerwca 1917 i jak donosi śląska prasa prymicyjną Mszę Świętą odprawił w Swej rodzinnej parafii i zarazem miejscowości w święto Piotra i Pawła czyli dnia 29 czerwca 1917 r.

Prymicja
Głos Śląski nr 77 z dnia 28.06.1917 r.

Nieznany jest z pracy duszpasterskiej okres od lipca 1917 r. do roku 1920. Być może pracował jako wikariusz na Śląsku lub pełnił obowiązki kapelana. Trudno jednoznacznie określić, czy okres ten pracował na Śląsku czy w Wielkopolsce.

Elenchus 1922
Elenchus 1922 r.

Pierwszy zapis o Jego pracy na terenie Wielkopolski pojawia się w Elenchusie z 1922 r. Czytamy w nim, że Vic. Karol Zwaka urodzony w 1890 r., wyświęcony w 1917, od roku 1920 jest wikariuszem w parafii Wonieść. Proboszczem w parafii Wonieść był wówczas ks. Teodor Bartsch.

Poniżej przebieg pracy Ks. Karola Zwaki w Archidiecezji Poznańskiej.

Miesiecznik Koscielny 1922 nr 8
Miesięcznik Kościelny 1922 r.

Wonieść – od 1920

Obrzycko – od 16 sierpnia 1922 – wikariuszMiesiecznik Koscielny 1922 nr 8-2

Miesiecznik Koscielny 1923 nr 4
Miesięcznik Kościelny 1923 r.

Sieraków – od 10  marca 1923 – wikariusz

Zbąszyń – od 20 listopada 1923 – mansjonarz i wikariusz

Żabikowo k/Lubonia – od 1 lipca 1928

Miesiecznik Koscielny 1931_1
Miesięcznik Kościelny 1931 r.

Kucharki i Kuchary – od 1 stycznia 1931 – administrator

Miesiecznik Koscielny 1931 nr 4
Miesięcznik Kościelny 1931 r.

Giecz i Grodziszczko – od 1 marca 1931 do marca 1940 r.– proboszcz.

ks. Karol Zwaka 2
Ks. Karol Zwaka – rok 1939. Źródło: Zbiory własne.
skan
Ks. Karol Zwaka z Towarzystwem Młodych Polek z Dominowa 1939 r. Źródło: zbiory własne.

 

 

W marcu 1940 r. został aresztowany przez Niemców.

Na podstawie analizy zapisów w księgach metrykalnych parafii Giecz i Grodziszczko wiadomym jest, że ostatni zgon zapisany ręką Ks. Zwaki miał miejsce 27 lutego 1940 r. a pochowano wówczas dziecko Marcina Cieślewicza z Giecza. W księdze chrztów ostatni zapis sporządzony ręką Ks. Proboszcza jest pod datą 09 marca 1940 r. a dot. chrztu dziewczynki Gertrudy, córki Jana Szarzewskiego i Władysławy Goslińskiej, małżonków z Rusiborka.

Pierwsze aresztowania polskich księży Niemcy rozpoczęli w styczniu 1940 r. Najwięcej aresztowań dokonali w miesiącach luty i marzec. W ramach planu Artura Geisera – „jeden Bóg, jedna religia, jeden kapłan i sakrament” kilkuset aresztowanych księży najpierw przetrzymywanych było w obozach przejściowych w Puszczykowie, Lubiniu, Bruczkowie, Goruszkach, Chludowie i obozie koncentracyjnym KL Posen (Fort VII).

Na tej podstawie sądzić można, że Ks. Karol Zwaka został aresztowany przez gestapowców w miesiącu marcu 1940r. W tym czasie przeprowadzono masowe aresztowania polskich księży w Wielkopolsce. Początkowo był przetrzymywany w Forcie VII w Poznaniu. W obozie koncentracyjnym KL Posen Niemcy zamordowali kilkunastu kapłanów, wielu przedstawicieli polskiej inteligencji, chorych psychicznie i personel szpitali psychiatrycznych.

Był to pierwszy etap drogi do obozów w Dachau i Gusen.

W Dachau byli głównie więzieni księża katoliccy. Ich liczba wynosiła około 3 tysięcy, w tym samych Polaków było około 1 800 księży. Ponad 750 księży zostało przez Niemców zamordowanych. Ksiądz Karol Zwaka miał nadany numer obozowy 11403.

Z obozu w Dachau został przeniesiony do Gusen, gdzie w nieludzkich warunkach przyszło żyć więźniom i ciężko pracować w kamieniołomach.

Gosc Niedzielny 1964 nr 30_1
Źródło cytowanych wspomnień.

Ksiądz dr Edmund Nowicki biskup gdański tak wspomina ten pobyt:

„Próby załamania duchowe­go stosowano poza tym spe­cjalnie w stosunku do duchowieństwa polskiego.

Najpierw użyto chwytu z reguły praktykowanego przez każdego bodaj wroga. Podo­bne jak w poznańskim więzieniu, tak i tu próbowano nas buntować przeciwko hierarchii. Usiłowano nas skłó­cić wzajemnie, rozbić jedność.

Z głodu wielu jadło, cokol­wiek się nadarzyło. Poszuki­wane były korzenie mleczu i szczaw, które ukradkiem wyrywano z przydrożnych rowów w czasie eskortowania na pracę do kamieniołomów. Obok mnie maszerował me­cenas K. z Poznania. Rwał on całymi garściami zieleniznę bez wyboru i jadł. Prośby, by tego zaniechał, nie skutkowały W kilku dniach zmogła go biegunka.

Pewnego dnia zdarzyła mi się nieoględność, jakiej bar­dzo żałowałem. Drogą obo­zową mijał mnie pewien współwięzień, jak mi się wydawało, nieznajomy. Skłoniłem mu głową i szedłem da­lej. Zatrzymał mnie i zapy­tał, dlaczego mijam go jak nieznajomego, czy mam do niego żal. Odpowiedziałem, że nie mogę go sobie nieste­ty przypomnieć. Wtedy on rozpłakał się, mówiąc: „Teraz się dowiedziałem, jak mu­szę wyglądać, skoro Ty mnie nie poznajesz”. Był to ks. dr Edward Kozłowski, dyrektor kat. szkoły społecznej, mój bliski przyjaciel. Głód go tak wycieńczył, że go nie pozna­łem. Bolałem, że niechcący ujawniłem mu jego stan. Po trzech dniach — niszczony biegunką — spokojny i ufny skonał.

Obóz się dopiero budował. Nie było więc kanalizacji ani wody. Pod gołym niebem ustawione były koryta do mycia się, ale myć się było wol­no tylko raz w tygodniu. Tym czasem ciężka praca wywo­ływała duże poty. Nadto spa­liśmy na brudnych siennikach sieczkowych rozłożonych na podłodze. Z potu i brudu powstawało swędzenie, które z kolei wywoływało zadrapa­nia i zakażenia. Doszły wszy w ogromnej ilości.

Widziałem, że niektórzy ko­ledzy nocą dobierali się do wody. Pewnej nocy i ja chciałem popróbować szczęścia umycia się. Zdjąłem koszulę i nagi, boso po śniegu, ostrożnie przy świetle księżyca podchodziłem do koryta. W odległości kilku kroków zau­ważyłem czających się pod korytem dwóch wartowni­ków. Natychmiast zrobiłem w tył zwrot i co sił uciekałem. Oni puścili się za mną w pogoń, ale ponieważ śnieg był duży a ja boso, więc nie do­gonili mnie. Klucząc między barakami zauważyłem, że stracili mnie z oczu i wtedy wpadłem do swego baraku i cichutko wróciłem na swój siennik. Konsekwencji kar­nych dzięki temu nie było.

Gusen było obozem śmierci, ale jednocześnie świąty­nią. Tysiące więźniów wszystkich stanów i zawodów, drżąc z zimna na wysokich górach, podawało sobie ziemię od­krywkową, a równocześnie odmawiało wspólnie jeden różaniec za drugim, przeplata­ny litanią. Z szczególną ra­dością odmawiano rano, w południe i wieczór Anioł Pański a słowa „Oto ja służeb­nica Pańska, niech mi się stanie według słowa Twego” działały jak potężny bodziec. Balsamem natomiast była prośba: „módl się za nami grzesznymi teraz i w godzi­nę śmierci”. Nie było dnia, by powracający do obozu nie znosili z gór zwłok, które przy apelu układano na ziemi, aby liczba się zgadzała.

Powstał niejako „dogmat”, że w soboty musi się poka­zać słońce, choćby na chwi­lę. Istotnie nigdy nie było zawodu i wtedy zawsze ra­dość była wielka. Na chwilę robiło się ciepło a na twarzach pojawiał się uśmiech wdzięczności dla Matki Naj­świętszej.

W pamięci utkwił mi pe­wien incydent tragikomiczny. W obozie utrzymywano róż­ne hodowle naukowo-doświadczalne. Praca w tych hodow­lach była pożądana, gdyż pod dachem aż nadto można było zwierzętom wyjadać pokarm. Co chwilę były wakanse na tych „posadach”, bo przy­chwyconych na wyjadaniu zwierzętom zabijano natych­miast, a tak samo w razie wypadku z jakim zwierzę­ciem. Pewnego dnia w czasie apelu wołano o ochotników do pracy w hodowli królików — angorów. Pokusa była duża, ale jednak, lękałem się, wiedząc, że są to zwierzęta bardzo wrażliwe, a nadto nie umiałem ich fachowo czesać. Obok mnie stał p. G. z Byd­goszczy, ojciec rodziny. Wy­stąpił jako ochotnik i został przyjęty. Pytałem go zatros­kany, czy zna się na angorach. Odpowiedział, że ich w życiu nie widział, ale ry­zykuje, to może się przy nich odżywi i przetrwa, inaczej i tak żywy nie wróci do domu. Po tygodniu wrócił z pracy zrozpaczony. Królica bowiem okociła się, ale obydwa małe nazajutrz padły. Zbytnio bo­wiem wyjadał królikom owies i marchew a przeto samicy zabrakło pokarmu. Groziła mu niechybna śmierć i bar­dzo rozpaczał za swoją ro­dziną. Gdy o wypadku do­wiedzieli się koledzy niemieccy, którzy mieli przywilej pracy u gospodarzy, pocieszy­li go, że przyniosą mu dwa małe króliki. Istotnie przy­nieśli nazajutrz w rękawach, ale zwykłe, szare. Pan G., widząc to, rozpaczał, lecz oni kazali spokojnie umieścić ma­łe przy samicy. Krótko po­tem przybyła na inspekcję komisja naukowców. Zdu­miała się, że angora spłodziła najpospolitsze szare potomstwo, mimo że kartoteki wy­kazywały czystą rasę jej i samca. Komisja doszła więc do wniosku, że widocznie w poprzednich pokoleniach był jakiś mezalians, a przeto ka­zała zabić samicą i samca. Część obozu, która wiedziała
o wszystkim, pokładała się ze śmiechu. P. G. w każdym razie wrócił żywy do żony i dzieci.

[ Opis śmierci Ks. Karola Zwaki ]

Od czasu do czasu grupy więźniów w czasie apelu wywoływano i rozstrzeliwano, bądź by przyspieszyć ubytek czy też dla uczczenia rożnych uroczystości. Grozą powiało, gdy pewnego dnia w czasie apelu padł rozkaz, że mają wystąpić wszyscy księża. By­ło między nami kilku klery­ków. Koledzy sądząc, że księża idą na śmierć, szeptali im, by nie występowali. Tymcza­sem po pewnym czasie i wśród różnych okoliczności (m. i. kazano nam przebrać się w strój kapłański) zaprowadzono nas jeszcze o go­dzinie prawie nocnej polny­mi drogami na maleńką sta­cję kolejową St. Georgen, gdzie załadowano nas do wa­gonów — o dziwo — osobo­wych. Na rozkaz zajęliśmy miejsca w przedziałach. Wte­dy gestapowcy, przechodząc, rzucali każdemu ćwiartką chleba i krążek wątrobianki.

Po chwili obchodził przedzia­ły inny gestapowiec, podają­cy się za lekarza i pytał, kto się czuje źle. Tym, co podnieśli rękę, rzucał po białej pastylce. Ale sąsiad mój, ks. proboszcz Zwaka z Grodziszczka, zaczął konać. Przybiegł ów lekarz i szarpiąc nim krzyczał, że „tu nie wol­no zdychać”. Ks. Zwaka jed­nak spokojnie powrócił do Ojca w niebie. Okazało się, że komenda obozu miała roz­kaz dostawić nas żywych do Dachau. Istotnie wszyscy z wyjątkiem tego jednego do­jechali, aczkolwiek o ile so­bie dobrze przypominam, tyl­ko około pięćdziesięciu. Resz­ta życiem przypłaciła Gusen.

W uroczystość Niepokala­nej, 8 grudnia 1940 r. zajechaliśmy na stację w Dachau. Na peronie, zabezpie­czonym posterunkami, ocze­kiwało dowództwo obozu i stały wozy sanitarne. Kaza­no nam wychodzić. Jeden z księży wyrzucił na peron „kanony” a potem w skarpetkach wychodził, ponieważ opuchnięte stopy uniemożliwiły wciągnięcie butów. Ofi­cerowie na widok wyrzucone go na peron obuwia szydzili, że połowa „klechy’’ już wy­szła. Okazało się, że do Da­chau zwożono kapłanów pol­skich z różnych obozów na tzw. „przywileje”. Rozeszła się wieść, że chodziło o po­zyskanie w ten sposób Ojca św., by ogłosił krucjatę prze­ciwko Rosji. Gdy się to nie powiodło, skończyły się „przywileje” stanowiące w rzeczywistości farsę, pełną udręki.

Z tego drugiego pobytu w Dachau najżywiej chowam w czułej pamięci piękną śmierć współbraci. Wszyscy odcho­dzili z pogodą w duszy, wpa­trzeni z miłością w Jezusa Chrystusa, zjednoczeni z Jego Najświętszym Sercem my­ślą i każdym odruchem swego serca. Przedsmaku takiego przeżycia doznałem też sam. Upadałem na siłach, waży­łem 48 kg. O własnych si­łach na apel chodzić już nie mogłem. Dostarczali mnie na plac apelowy dwaj miłosier­ni współbracia, dziś jeszcze pracujący w parafiach. Lecz po kilkunastu dniach i im zabrakło sił. Nie pozostało nic innego jak zgłosić się cho­rym, a to równało się śmierci. Postanowiłem przygotować się ostatecznie na spotkanie się z Boskim Mistrzem swoim.

Poprosiłem o spowiedź gene­ralną ks. Lenza, niemieckie­go jezuitę. Na tego kapłana naprowadziła mnie ręka Bo­ża jakieś dwa tygodnie przed­tem. Byłem cały opuchnięty tak, że butów obozowych wciągnąć nie zdołałem. Cho­dziłem przeto a raczej wlo­kłem się na tzw. „więzach”. Pewnego dnia nieznany mi współwięzień zwrócił mi na drodze obozowej po niemiec­ku uwagę, że w ten sposób chodząc niszczę „mienie pań­stwowe” i za to ściągam na siebie karę śmierci. Wytłu­maczyłem mu, że butów wciągnąć nie mogę z powodu opuchlizny. Pokiwał głową i odszedł. Wieczorem przyszedł do naszego baraku i pytał o tego, „który chodzi na wię­zach”. Koledzy doprowadzili go do mnie. Zabrał mnie do łazienki, umył mi nogi, na­maszczał jakąś maścią i ban­dażował papierem klozetowym. Czynił to kilka dni z rzędu. Stwierdziliśmy, że był to niejaki ks. Lenz, jezuita niemiecki, wyróżniający się w obozie heroizmem miło­sierdzia. Wybrałem go więc na ostatniego, jak mniema­łem, spowiednika swego. Wy­spowiadawszy się dodałem: „wszystko, co tu przeżyłem, ofiaruję Bogu jako pokutę za me grzechy”. Na to wyrwa­ło mu się „ale to była okrop­na pokuta”. Na słowo to du­sza mi ulecieć chciała z ra­dości. Zrozumiałem, że jeśli to była pokuta okropna, czeka mnie na pewno niebo.

Szczęścia tego przeżycia nie zapomnę nigdy. Obok chwili święceń kapłańskich, moment ów uważam za najszczęśliw­szy w całym życiu swoim.

Wola Boża była inna niż wydawało się mnie i kolegom. Ocalałem. Dlaczego? „Myśli moje to nie myśli wasze, ani drogi wasze drogami moimi” mówi Duch św. (Iz. 55,8).

Jak patrzę na swe lata mi­nione po uwolnieniu? Upoko­rzony powtarzam: „Gdy miecz Twój na nas podniesiony trzymasz, siłać obiecujemy — a skoro go spuścisz — obietnic wykonać nie chcemy”. — Boże mój, miłosierdzia!”

Powyższe wspomnienie opisuje jak odszedł do Pana Proboszcz parafii Giecz i Grodziszczko Ks. Karol Zwaka, który w latach 1931-1933 przygotowywał do Pierwszej Komunii Świętej moją Mamę i Jej Braci.

skan_0008
Ks. Zwaka z dziećmi komunijnymi – 1933 r. Grodziszczko Źródło: zbiory własne.
skan_0009
Ks. Zwaka z dziećmi komunijnymi – 1931 r.  Giecz Źródło: zbiory własne.
Ks Karol Zwaka
Tablica pamiątkowa na kościele w Sierakowie.

Copyrighted Image